piątek, 5 grudnia 2014

Chwilowo będzie nieczynne z powodu porządków

Sama dawno już nie zaglądałam na bloga, bo nie planowałam już nowych postów z przepisami, a do starych nie sięgam z powodów ograniczeń zdrowotnych. Ale dziś dość długo szukałam pewnego przepisu na wigilijne śledzie i w końcu go znalazłam... a właściwie pusty link  (w spisie potraw  świątecznych) do posta na starym blogu.
To był mój pierwszy blog, założony jeszcze na bloxie. Część postów przeniosłam tutaj i właściwie nie wiem, dlaczego nie wszystkie.
Przy okazji tych poszukiwań zobaczyłam w starszych postach taki bałagan (rozjechane czcionki, znikające zdjęcia), że nie wypada tego tak zostawić. Sądząc po statystykach jednak ktoś tu czasem zagląda, więc czas na porządki...
I chociaż odcięłam się systematycznego publikowania nowości, to być może z powodu porządków pojawią się nowe posty ze starymi wpisami i nowymi, może trochę lepszymi zdjęciami (w tym temacie nadal nie mogę się pochwalić rozwojem).
Dlatego na pewien czas zamknę dostęp do bloga, żeby na spokojnie się z tym uporać.

niedziela, 23 lutego 2014

Obiad lub sałatka ze świeżym szpinakiem

Jeszcze do niedawna nie przyszłoby mi do głowy, żeby nazywać sałatką potrawę składającą się z kawałków mięsa, luźno rzuconej na talerz zieleniny, ozdobionej przeróżnymi dodatkami typu grzyby, orzechy; w dziwaczny sposób wetkniętych paluszków, grzanek lub innego pieczywa, a wszystko posypane serem o nieznanym wyglądzie i smaku. Ale cóż, czasy się zmieniły i pod wpływem korporacyjnej lunchowej mody do naszej rzeczywistości kulinarnej weszły tego typu sałatki. Ja co prawda nadal mam opory przy wielu propozycjach (szczególnie restauracyjnych i blogowych) do nazywania sałatką pewnych dań, które są dla mnie zwykłym daniem obiadowym i bardzo trudno jest mi tak całkowicie przestawić się na nowe nazewnictwo.

Jak pewnie większość mojego pokolenia nie przepadałam za szpinakiem, kojarzonym z paskudną przedszkolną breją. Co prawda przez lata robiłam wielokrotnie szpinak (z mrożonki) dla mojego M., który jako ten wyjątek uwielbia szpinak, ale nigdy tego szpinaku nie jadłam. Nawet nie próbowałam w trakcie gotowania. Ale ostatnio trochę mi się zmieniło od czasu, gdy spróbowałam we włoskiej restauracji sałatkę ze świeżym szpinakiem.


Zachęcona smakiem świeżego szpinaku zaczęłam sama go wykorzystywać w swojej kuchni.
Jako zielony składnik kanapek


i w obiadowo-kolacyjnych sałatkach.

Dziś zrobiłam kolejną  wersję - widocznie mój organizm na przedwiośniu coraz bardziej potrzebuje naturalnych witamin (chociaż nie jest to propozycja zbytnio wskazana w trakcie ograniczania cukru).


Liście szpinaku, małe kawałki piersi kurczaka smażone z przyprawami, plasterki gruszki, suszona żurawina - polane sosem (miód gryczany, oliwa, ocet balsamico, sok z cytryny, sól, pieprz).

wtorek, 31 grudnia 2013

"Z książką w kuchni 2013" - zakończenie akcji

Rok 2013 kończy się, co oznacza zakończenie tej całorocznej akcji.

Bardzo dziękuję wszystkim uczestnikom za wzięcie w niej udziału. :)

Życzę smakowitego i pełnego aromatów Nowego Roku 2014!

A poniżej podsumowanie:

"Z książką w kuchni 2013" - wpisy w akcji 

Z książką w kuchni zaproszenie

- Gulasz wieprzowy
- Jajecznica z leczo
- Lemoniada porzeczkowa 
- Pomidorowy przekładaniec z ricottą i anchois
- Roztrzepaniec
- Rożki szwedzkie
- Sałatka jajeczna z fasolką szparagową
- Sałatka jarzynowa tradycyjna II
- Sałatka z marchewki i cykorii
- Sok pitny z jabłek (przetwory)
- Spaghetti z pulpetami z mięsa
- Śledzie "Remoulade" 
- Tarator (bułgarski chłodnik)
- Tarta pieczarkowo-cebulowa 
- Zupa dyniowa z imbirem


Dołączyły:


Eve

Maggie

Mirabelka

Panna Malwinna

Siankoo

Wiera

niedziela, 22 grudnia 2013

Śledzie korzenne, czy śledzie z korzeniami?

Minęły dwa miesiące od zamknięcia tej blogowej książki kucharskiej. Ta przerwa przydała mi się, żeby nabrać właściwego dystansu do blogowania ogólnie i spojrzeć nieco inaczej na własne. Jak to człowiek daje się łatwo wmanewrować w aktualne trendy i narzucić jakiś przymusowy model prowadzenia kulinarnego zeszytu.
Na szczęście nie dałam się zbyt mocno opleść sieciowymi sznurkami (udało mi się w porę ewakuować), a już wcześniej widziałam własną niemoc i opór w zakresie pozowania stygnących potraw na odrapanej desce wśród rozrzuconych kulek pieprzu na starej ścierce itd itd. Ale to już było, pisałam wcześniej kilka razy, więc nie będę się powtarzać.
Tak, jak planowałam, nie będę już wstawiać szczegółowych przepisów, ani fotograficznych szkółek typu "gotowanie krok po kroku". W tej chwili internet aż pęka od tysięcy takich postów, lepszych lub gorszych - trzeba po prostu mądrze wybrać i sprawdzić w swojej własnej kuchni, uruchamiając przy tym własną inicjatywę lub wyobraźnię. Jednak zbyt często spotykamy się z coraz większym wygodnictwem umysłowym użytkowników sieci, według podstawowej zasady "dajcie mi gotowca" - oczywiście nie tylko chodzi o blogi kulinarne. Oczekiwanie, że ktoś podsunie wszystko pod nos już na mnie nie działa. W tym przypadku stałam się wyjątkowo odporna i zawsze chętnie zacytuję kultowy zwrot Muppetów myśleć, myśleć.

A wracając do tematu...
Śledzie korzenne to hasło, które na wiele lat mnie zmyliło. W moich książkach kucharskich, wśród śledziowych przepisów, są te na śledzie korzenne. Nie robiłam ich, bo sprawa rozbijała się na wstępie o same śledzie. W składnikach czytałam, że potrzebne są: "korzenne śledzie (mleczaki)". Kiedyś kupowało się śledzie z beczki "jak leci",  bez grymaszenia o mleczaki, albo inne fanaberie. Były (jak wiadomo) osoby, które w każdych najgorszych czasach potrafiły "zdobyć" wszystko. Ja do nich nie należałam...
Dostępne teraz w internecie przepisy, a w sklepach gotowe śledzie z etykietką "korzenne", to właśnie śledzie z korzeniami, czyli przyprawami - pieprz, goździki, ziele angielskie, jałowiec, gorczyca, kolendra itd.
Takie oto uproszczenie językowe, które powinnam była już dawno rozszyfrować, ale w tym książki kucharskie mi nie pomagały, bo takich przepisów w nich nie ma.

Moja ostatnio zrobiona wersja - śledzie, sparzona cebula, rodzynki, a w zalewie miód, sok z cytryny, sos sojowy oraz różne przyprawy korzenne.

czwartek, 17 października 2013

Koniec...

Nowych postów z przepisami na tym blogu nie będzie.
Być może jakieś zapiski kuchenne pojawią się, ale blogową książkę kucharską zamykam.
Oprócz przyczyn zdrowotnych (wymagających zmian), już mi się nie chce uczestniczyć w tym coraz gorszym owczym pędzie na jedynie słuszną stylizację zdjęć. Same przepisy, uwagi o gotowaniu, wzajemne wspieranie się i dzielenie doświadczeniem, stały się nieważne.Zagubiły się w gadżeciarsko-fotograficznym wyścigu.
A ponieważ ja nie mam parcia na szkło, ani potrzeby sieciowego lansu, więc szkoda mi czasu na robienie zdjęć moim prymitywnym aparatem w złych warunkach oświetleniowych. Szkoda mi czasu na pisanie o prostych (najczęściej polskich, więc mało atrakcyjnych) potrawach, bo przecież nie zarzucam czytelników obcobrzmiącymi nazwami.
W sieci jest tyle blogów i łaknących kariery medialnej blogerów, że ja się w tej kategorii nie mieszczę - a właściwie to nie chcę się zmieścić.