niedziela, 23 lutego 2014

Obiad lub sałatka ze świeżym szpinakiem

Jeszcze do niedawna nie przyszłoby mi do głowy, żeby nazywać sałatką potrawę składającą się z kawałków mięsa, luźno rzuconej na talerz zieleniny, ozdobionej przeróżnymi dodatkami typu grzyby, orzechy; w dziwaczny sposób wetkniętych paluszków, grzanek lub innego pieczywa, a wszystko posypane serem o nieznanym wyglądzie i smaku. Ale cóż, czasy się zmieniły i pod wpływem korporacyjnej lunchowej mody do naszej rzeczywistości kulinarnej weszły tego typu sałatki. Ja co prawda nadal mam opory przy wielu propozycjach (szczególnie restauracyjnych i blogowych) do nazywania sałatką pewnych dań, które są dla mnie zwykłym daniem obiadowym i bardzo trudno jest mi tak całkowicie przestawić się na nowe nazewnictwo.

Jak pewnie większość mojego pokolenia nie przepadałam za szpinakiem, kojarzonym z paskudną przedszkolną breją. Co prawda przez lata robiłam wielokrotnie szpinak (z mrożonki) dla mojego M., który jako ten wyjątek uwielbia szpinak, ale nigdy tego szpinaku nie jadłam. Nawet nie próbowałam w trakcie gotowania. Ale ostatnio trochę mi się zmieniło od czasu, gdy spróbowałam we włoskiej restauracji sałatkę ze świeżym szpinakiem.


Zachęcona smakiem świeżego szpinaku zaczęłam sama go wykorzystywać w swojej kuchni.
Jako zielony składnik kanapek


i w obiadowo-kolacyjnych sałatkach.

Dziś zrobiłam kolejną  wersję - widocznie mój organizm na przedwiośniu coraz bardziej potrzebuje naturalnych witamin (chociaż nie jest to propozycja zbytnio wskazana w trakcie ograniczania cukru).


Liście szpinaku, małe kawałki piersi kurczaka smażone z przyprawami, plasterki gruszki, suszona żurawina - polane sosem (miód gryczany, oliwa, ocet balsamico, sok z cytryny, sól, pieprz).

wtorek, 31 grudnia 2013

"Z książką w kuchni 2013" - zakończenie akcji

Rok 2013 kończy się, co oznacza zakończenie tej całorocznej akcji.

Bardzo dziękuję wszystkim uczestnikom za wzięcie w niej udziału. :)

Życzę smakowitego i pełnego aromatów Nowego Roku 2014!

A poniżej podsumowanie:

"Z książką w kuchni 2013" - wpisy w akcji 

Z książką w kuchni zaproszenie

- Gulasz wieprzowy
- Jajecznica z leczo
- Lemoniada porzeczkowa 
- Pomidorowy przekładaniec z ricottą i anchois
- Roztrzepaniec
- Rożki szwedzkie
- Sałatka jajeczna z fasolką szparagową
- Sałatka jarzynowa tradycyjna II
- Sałatka z marchewki i cykorii
- Sok pitny z jabłek (przetwory)
- Spaghetti z pulpetami z mięsa
- Śledzie "Remoulade" 
- Tarator (bułgarski chłodnik)
- Tarta pieczarkowo-cebulowa 
- Zupa dyniowa z imbirem


Dołączyły:


Eve

Maggie

Mirabelka

Panna Malwinna

Siankoo

Wiera

niedziela, 22 grudnia 2013

Śledzie korzenne, czy śledzie z korzeniami?

Minęły dwa miesiące od zamknięcia tej blogowej książki kucharskiej. Ta przerwa przydała mi się, żeby nabrać właściwego dystansu do blogowania ogólnie i spojrzeć nieco inaczej na własne. Jak to człowiek daje się łatwo wmanewrować w aktualne trendy i narzucić jakiś przymusowy model prowadzenia kulinarnego zeszytu.
Na szczęście nie dałam się zbyt mocno opleść sieciowymi sznurkami (udało mi się w porę ewakuować), a już wcześniej widziałam własną niemoc i opór w zakresie pozowania stygnących potraw na odrapanej desce wśród rozrzuconych kulek pieprzu na starej ścierce itd itd. Ale to już było, pisałam wcześniej kilka razy, więc nie będę się powtarzać.
Tak, jak planowałam, nie będę już wstawiać szczegółowych przepisów, ani fotograficznych szkółek typu "gotowanie krok po kroku". W tej chwili internet aż pęka od tysięcy takich postów, lepszych lub gorszych - trzeba po prostu mądrze wybrać i sprawdzić w swojej własnej kuchni, uruchamiając przy tym własną inicjatywę lub wyobraźnię. Jednak zbyt często spotykamy się z coraz większym wygodnictwem umysłowym użytkowników sieci, według podstawowej zasady "dajcie mi gotowca" - oczywiście nie tylko chodzi o blogi kulinarne. Oczekiwanie, że ktoś podsunie wszystko pod nos już na mnie nie działa. W tym przypadku stałam się wyjątkowo odporna i zawsze chętnie zacytuję kultowy zwrot Muppetów myśleć, myśleć.

A wracając do tematu...
Śledzie korzenne to hasło, które na wiele lat mnie zmyliło. W moich książkach kucharskich, wśród śledziowych przepisów, są te na śledzie korzenne. Nie robiłam ich, bo sprawa rozbijała się na wstępie o same śledzie. W składnikach czytałam, że potrzebne są: "korzenne śledzie (mleczaki)". Kiedyś kupowało się śledzie z beczki "jak leci",  bez grymaszenia o mleczaki, albo inne fanaberie. Były (jak wiadomo) osoby, które w każdych najgorszych czasach potrafiły "zdobyć" wszystko. Ja do nich nie należałam...
Dostępne teraz w internecie przepisy, a w sklepach gotowe śledzie z etykietką "korzenne", to właśnie śledzie z korzeniami, czyli przyprawami - pieprz, goździki, ziele angielskie, jałowiec, gorczyca, kolendra itd.
Takie oto uproszczenie językowe, które powinnam była już dawno rozszyfrować, ale w tym książki kucharskie mi nie pomagały, bo takich przepisów w nich nie ma.

Moja ostatnio zrobiona wersja - śledzie, sparzona cebula, rodzynki, a w zalewie miód, sok z cytryny, sos sojowy oraz różne przyprawy korzenne.

czwartek, 17 października 2013

Koniec...

Nowych postów z przepisami na tym blogu nie będzie.
Być może jakieś zapiski kuchenne pojawią się, ale blogową książkę kucharską zamykam.
Oprócz przyczyn zdrowotnych (wymagających zmian), już mi się nie chce uczestniczyć w tym coraz gorszym owczym pędzie na jedynie słuszną stylizację zdjęć. Same przepisy, uwagi o gotowaniu, wzajemne wspieranie się i dzielenie doświadczeniem, stały się nieważne.Zagubiły się w gadżeciarsko-fotograficznym wyścigu.
A ponieważ ja nie mam parcia na szkło, ani potrzeby sieciowego lansu, więc szkoda mi czasu na robienie zdjęć moim prymitywnym aparatem w złych warunkach oświetleniowych. Szkoda mi czasu na pisanie o prostych (najczęściej polskich, więc mało atrakcyjnych) potrawach, bo przecież nie zarzucam czytelników obcobrzmiącymi nazwami.
W sieci jest tyle blogów i łaknących kariery medialnej blogerów, że ja się w tej kategorii nie mieszczę - a właściwie to nie chcę się zmieścić.

czwartek, 10 października 2013

Miało być Caldo Verde

Dzisiejsze wspólne gotowanie pod hasłem Caldo Verde nie zakończyło sukcesem grupowym.
Wydawało się, że ta banalnie prosta do ugotowania zupa to pikuś, a tymczasem na placu boju pozostałam jedynie ja i Mops w kuchni. W pierwszej chwili również chciałam zrezygnować z tego posta, bo zupa i zdjęcia nieudane, ale skoro już wydałam pieniądze i ugotowałam, to jednak piszę.


To kolejny przyczynek do tego, że nie zawsze udaje się nam przenosić kulinarne tradycje innych krajów na nasz rodzimy grunt. Najczęściej powodem jest brak oryginalnych składników, jak w tym przypadku kapusty couve tronchuda. U mnie dochodzi jeszcze fakt, że nigdy nie byłam w Portugalii i nie miałam okazji próbować tej zupy ugotowanej przez kogoś, kto czuje te klimaty (z racji pochodzenia).

Ugotowałam dokładnie według tego przepisu, co nie zdarza mi się tak często. Nie będę więc kopiować tutaj tego samego tekstu. Nabyłam nawet w delikatesach niezbyt tanie oryginalne chorizo.


Jedyną zmianą był czas dodania kiełbasy do zupy. Chciałam uniknąć zabarwienia zupy paprykowo-czerwonym kolorkiem, co jednak mi się nie udało. Zresztą z góry wiedziałam, że tak będzie - szczególnie po obraniu kiełbasy z osłonki. Tak więc niektóre zdjęcia w sieci (a obejrzałam ich trochę) podejrzewam o mniejsze lub większe manipulacje kolorystyczne.

Zupa okazała się rzadka (to na pewno za mało ziemniaków), mdła i nijaka w smaku, mało zielona (to też pewnie moja wina, bo zbyt drobno poszatkowałam kapustę), no i te pomarańczowe tłuste oka!... jak w niedobrym rosole...

Mnie zupełnie nie smakowała (nawet kiełbasa zrobiła się jakaś wyjątkowo twarda).
Mój M. dowalił na talerzu dużo soli, pieprzu, ostrej papryki i zjadł (prawdę mówiąc nie miał innej alternatywy obiadowej).