poniedziałek, 4 maja 2009

Parówki po dyrektorsku

Nie mogąc w dalszym ciągu zainaugurować sezonu grillowego na działce, zrobiłam wczoraj majówkowy obiad z gatunku kuchni turystycznej.
To taka działkowa namiastka mojego campingowego kucharzenia i troszkę wspomnienie dawnych eksperymentów gotowania w menażce na kocherze ("opalanym" denaturatem).
Większość takich dań obiadowych to oczywiście potrawy jednogarnkowe, a dodatkową przyprawą tamtych lat było "polowanie" na cokolwiek jadalnego w mijanych sklepikach GS.

A dlaczego właściwie parówki po dyrektorsku?
Czy to relikt dawnych niedoborów w zaopatrzeniu, kiedy zwykłe parówki były luksusem dostępnym dla wybranych (patrz: dyrektorów i innych prominentów)?
W tej sytuacji rzeczywiście można by nazwać parówki gotowane w pucharze sportowym, jako "Parówki prezesa klubu" (wiadomo - klubu "Tęcza").

Kiedy przeglądam swoje książeczki z przepisami wydane w minionych latach, zawsze niezmiennie wywołuje to u mnie wesołość i taką refleksję językową: skąd się wzięły te wszystkie nazwy i jak się mają do rzeczywistości?
Szczególnie chodzi mi o nazwy geograficzno - etniczne.
To w kontekście akcji u Grumko - chętnie zrobiłabym wiele różnych potraw, które mają w sobie nazwę danego kraju lub miasta ( po wiedeńsku, po szwajcarsku).
Jednak zawsze obawiam sie stale, że taka potrawa nie ma nic wspólnego z krajem, którego nazwę nosi i tak oto ograniczam swoją aktywnosć na tym polu.
Korzystanie z obcojęzycznych stron z przepisami w internecie to druga poważna przeszkoda (nie każdy opanował języki obce).

Krótka analiza niektóych książek kucharskich z tego okresu pozwala na dokonanie szybkiego podziału nazw potraw do odpowiednich kategorii:

- nazwy państw, miast, regionów: po rosyjsku, brazylijku, zakopiańsku, wileńsku, westfalsku, kaszubsku, podolsku, prowansalsku...
- nazwy etniczne, zawodów, pozycji społecznej: po cygańsku, królewsku, kardynalsku, prałacku, po chłopsku, kapitańsku, obywatelsku, senatorsku, żeglarsku..
- nazwy odprzymiotnikowe: po gospodarsku, redaktorsku, amatorsku, myśliwsku, po rusku.. itd, itd

Można długo bawić się w segregowanie przepisów według różnych kategorii nazw.

Ale wracajac do parówek...
Przepis pochodzi z książeczki H.Dębskiego "Kuchnia turystyczna" 1985r. - ilustrowanej dowcipnymi rysunkami Edwarda Lutczyna

Składniki:
- 8 cienkich wędzonych parówek
- 3-4 pomidory (ja dałam z puszki)
- 2 duże cebule
- 10 dużych pieczarek (lub innych świeżych grzybów)
- 6 czubatych łyżek śmietany
- 1 łyżeczk mąki pszennej
- 6 łyżek oleju
- 3 łyżki posiekanej natki pietruszki
- sól, pieprz mielony, papryka mielona, majeranek




Cebulę i pieczarki oczyścić, opłukać, pokroić w kostkę.
Na rozgrzanym oleju przesmażyć cebulę, dodać pieczarki i razem usmażyć.
Parówki obrać z osłonek, pokroić na grube plasterki.
Pomidory umyć, sparzyć, obrać ze skórki, pokroić w drobna kostkę.
Parówki i pomidory połączyć z pieczarkami, dodać przyprawy oraz śmietanę z mąką - poddusić kilka minut.
Natkę pietruszki dodać na samym końcu.

Podawać można z pieczywem, ziemniakami, kluskami i warzywami.

Czytając przepis wydawać się może, że zbyt dużo tu krojenia jak na potrawę turystyczną
Zapewniam, że przyrządzałam wielokrotnie takie dania, krojąc w plenerze różne składniki na miniaturowej deseczce na kiwającym się stoliku lub innej (równie niepewnej podstawie).


2 komentarze:

  1. Nie do końca wiem czemu, ale ta potrawa kojarzy mi się z dzieciństwem :) Chyba moja babcia przyrządzała coś podobnego. Chętnie przypomniałabym sobie ten smak :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz takie skojarzenie z dzieciństwa pewnie dlatego, że kiedy parówki pojawiły się w okresie nieobecności serdelków, stały się główna wędliną dla małych dzieci.
    Były jednak łatwiej dostępne niż szynka.:)

    OdpowiedzUsuń