czwartek, 29 kwietnia 2010

Mrówki wspinające się na drzewo (kuchnia syczuańska)

Ciekawa jestem, jak często przygotowujecie potrawy z mięsa mielonego własnoręcznie.
A raczej własnomaszynkowo?
Czy kupujecie częściej gotowe mięso mielone?
Ja staram się to robić sama, bo "kupne" mielone mi nie smakuje.
Pewnie dlatego, że zawiera te części mięsa, które ja odrzucam (albo same zostają w maszynce).
Szczególną różnicę odczuwam w mielonej wołowinie.
Zawsze jest twarda i niesmaczna, pomimo obróbki termicznej i towarzystwa różnych przypraw.

I do tej potrawy kupiłam kawałek wołowiny, wrzuciłam do maszynki, a mięsko było miękkie i dobre w smaku.



Wybrałam akurat ten przepis, bo bardzo lubię te chińskie, niemal poetyckie nazwy zwykłych potraw.

Składniki:
- 10 dkg przezroczystego makaronu (dałam makaron wstążki)
- 25 dkg mielonej wołowiny
- 2 łyżki sosu sojowego
- 2 łyżki wina ryżowego lub sherry amontillado
- 1 1/2 łyżeczki oleju sezamowego
- 1 łyżka mąki kukurydzianej
- 2 cebule dymki
- 2 łyżki oleju sojowego
- 2 łyżki czarnej fermentowanej fasoli (ten składnik opuściłam, ponieważ nigdzie nie udało mi się kupić)
- 1 szczypta cukru
- od siebie dodałam jeszcze trochę cienkiego szczypiorku

Makaron przygotować według opisu na opakowaniu, trzymać w cieple.
Mieloną wołowinę wymieszać z sosem sojowym, winem ryżowym, olejem sezamowym i mąką kukurydzianą - odstawić na ok. 20 minut.
Z cebulek odkroić zielone pędy, a resztę drobno posiekać.
Rozgrzać olej.
Stale mieszając przesmażyć cebulę i mięso.
Dodać czarną fasolę i cukier i wszystko krótko zagotować.
Jeszcze raz doprawić sosem sojowym i ewentualnie przyprawami.
Na talerzach ułożyć makaron w szeroki pas, na nim pas mięsa i wszystko posypać drobno posiekaną dymką i szczypiorkiem.



Nazwa potrawy nie tylko wiąże się z jej wyglądem na talerzu, ale i z "zachowaniem".
W trakcie jedzenia pałeczkami mrówki rozsypały się wesolutko na stole wokół talerzy...


Źródło przepisu: "Kuchnia chińska. Encyklopedia smakosza" R.Buttner, Qiu Chengzhong 1995 r.

6 komentarzy:

  1. Hmm, zaniemówiłam.

    Jedyne insekty, których się boję, na talerzu....

    Taka Halloweenowa idea...

    :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja Mama zawsze mielila mieso -naweet za czasow topornych recznych maszynek. Ja maszynki jeszcze sie nie dorobilam - wiec kupuje mielone zapakowane prozniowo-indyka, wolowine,cielecine i jagniecine.

    OdpowiedzUsuń
  3. Peluniu, nigdy nie kupuję mielonego gotowego, już z 10 lat temu się skapczyłam, że płacę za tłuszcz, papier, wymiona i Bóg wie, co jeszcze, tylko nie za mięso.
    Nie generalizację, może i są gdzieś "uczciwe" mielonki.
    Przesyłam wyrazy uznania dla Twojej kulinarnej pasji - Marzynia

    OdpowiedzUsuń
  4. nigdy nie kupuję mielonego mięsa, raz próbowałam, przeczytałam skład i włos mi się zjeżył, teraz mijam szerokim łukiem, w awaryjnych sytuacjach wolę usmażyć setny raz naleśniki niż eksperymentować z czymś co wygląda jak mięso a nim nie jest :)

    OdpowiedzUsuń
  5. U "mojego" rzeźnika kupuję mielone z ufnością, tym bardziej, że mielone jest grubo, więc skórkę czy ścięgna byłoby widać. Najczęściej jednak jest dość tłuste; nie do wszystkich potraw się nadaje, bo to wieprzowina - specjalność tego małego sklepu. Po kurczaki muszę już iść do innego - też małego i z zaufaną sprzedawczynią.

    Fajne te mróweczki! A na Twoją śliczną ryżową porcelanę nie mogę się napatrzyć!

    OdpowiedzUsuń
  6. Usagi - ja jestem bardzo wrażliwa na wszelkie robactwo, ale jakoś ta potrawa wyjątkowo mnie nie wystraszyła.
    Chociaż przyznaję, że nazwa działa na wyobraźnię.

    Anulko - taki zakup (maszynki) to wielka wygoda w domu, nie tylko do mięsa. Przydaje się do wielu innych "mieleń".

    Mamamarzynia - dziękuję za miłe słowa.

    Najsmaczniejsze.pl - właśnie, mam takiego same odczucia

    Muscat - ten chiński komplet kupiłam razem z wokiem.
    Zawsze go używam do chińszczyzny, a czasami lubię sobie popatrzeć na te ryżowe ziarenka pod światło (przez nie prześwituje światło), a na dnie talerzy i miseczek oczywiście siedzą sobie chińskie smoki.

    A podsumowując wątek mielonego - jednak domowe lepsze...

    OdpowiedzUsuń