sobota, 12 czerwca 2010

Mortadela a` la schabowe

Mortadela  lub mortadel, jak mawiali niektórzy.
Taka sobie byle jaka, gorszego gatunku  szeroka kiełbasa, przypominająca konsystencją twarde  parówki lub serdelki.

To nie jest wspomnienie z mojego dzieciństwa, ale z dzieciństwa mojego dziecka.
W rozmowie o nowych akcjach durszlakowych powiedziałam  córce o tym czerwcowym wspominaniu.
I to było jej pierwsze skojarzenie: "mortadela zamiast schabowych!".
W ten sposób przypomniała mi czasy kryzysowego karmienia rodziny.
Czasy kartek na mięso, braku jakiegokolwiek wyboru dobrego mięsa i dobrych wędlin.
Tego się nie kupowało normalnie - to się "zdobywało, udawało dostać, trafiło, załatwiło spod lady, wystało w kolejce..." - na pewno niektórzy z Was dodadzą jeszcze kilka innych określeń, charakterystycznych dla zakupów tamtych czasów.

Nasze żywienie w dużym stopniu było erzacem - wiem, to brzydkie słowo kojarzące się z okupacją w czasie wojny i marnym jedzeniem większości Polaków.
W latach osiemdziesiątych mieliśmy powtórkę tego i konieczność zastąpienia wielu produktów tzw. "namiastkami".
To słowo "namiastki" widniało nawet na szyldach niektórych sklepów spożywczych.

Czasami braki w zaopatrzeniu zmuszały nas do sięgania po zapomniane przepisy domowego wyrobu niektórych rzeczy.
Pamiętam jak z moją przyjaciółką same ukręcałyśmy majonez na jakąś imprezę.
Mam w starym zeszycie przepisy na domowy wyrób: mydła (nawet z zapachem), sernika bez sera, szampana, czekoladę (z margaryny i mleka w proszku).

I taki dziwny jest również ten sposób przyrządzania dania obiadowego - z braku mięsa kiełbasa gorszego gatunku.
Dla przypomnienia tego smaku kupiłyśmy więc kawałek mortadeli i zrobiłyśmy ten kryzysowy obiad.
Nie jest to super smaczne jedzonko, więc raczej nie planujemy następnych razów...

Składniki:
- kilka  grubszych plastrów mortadeli
- 1 jajko
- tarta bułka
- olej do smażenia

Jak sama nazwa potrawy wskazuje smażymy plastry tak samo jak kotlety schabowe panierowane, tylko bez dodatku soli. 
Kiełbasa jest już sama w sobie doprawiona, więc nie ma potrzeby dodawania przypraw.
Zanurzamy  plastry w rozbełtanym jajku, potem w tartej bułce i smażymy na rozgrzanym oleju po kilka minut z każdej strony.
Skoro mortadela ma udawać schabowego, więc pasują do niej ziemniaki z wody z koperkiem i sałata z pomidorami i bazylią w sosie vinaigrette (też domowej roboty).


12 komentarzy:

  1. ja urodziłam się już po kartkowych czasach, ale mortadelowe schabowe bardzo dobrze znam z dzieciństwa i bardzo mile je wspominam. Lubiłam je i robiliśmy je dość często, mimo, że na brak innych rzeczy nie narzekaliśmy

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, ja w panierce robiłam co się da, bo moje pierwsze dziecko uwielbiało kotlety... Nawet wymyśliłam dla nich nazwę - to było mięso z kotletonia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mnie zaskoczyla ta martadela. Wiem,ze byla, ale Mama raczej nie karmila nia nas w zadnej postaci. Z wedlin pamietam tez kielbase szynkowa. Po dzis dzien nie tkne tez parowki - bo naprawde kojarza mi sie ze smutnymi czasami, gdy nawet cos tak okropnego - bylo obiektem pozadania Polakow. To byly czasy, ktore ocieraly ludzi z godnosci.
    Moi rodzice starali sie jak mogli - wymieniali kartki na alkohol na te na mieso, Tato przywozil z delegacji po Polsce zawsze jakas zdobycz. Podejrzewam,ze Mama zawsze cos dla mnie miala odlozone - bo w dziecinstwie bylam bardzo "kotlecikozerna"

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie też czasy kartkowe ominęły, kotletów z mortadeli nie jadłam, ale moi rodzice często wspominają tamte czasy. I strasznie się wkurzają, jak niektórzy politycy albo księża wmawiają nam, że teraz jest nędza w naszym kraju, że są ciężkie i trudne czasy itd. Mam wrażenie, że Polacy bardzo szybko zapomnieli już jak to kiedyś było. Zachłysnęli się dobrobytem, ale wciąż narzekają i uparcie twierdzą, że bieda.

    OdpowiedzUsuń
  5. W zasadzie zgadzam się, że teraz żyjemy w dobrobycie w porównaniu z "komuną" i zawsze to narzekającym powtarzam... Ale u nas kotletów z mortadeli nie było. Za to była krakowska w cieście naleśnikowym - tłuste i paskudne, bo się nie odsączało smalcu. Mortadeli spróbowałam już w czasach gospodarki rynkowej, jednocześnie u biednej kuzynki i u skąpej koleżanki :) Smakowała mi :D
    Dziwne :)

    OdpowiedzUsuń
  6. bardzo ładnie wygląda. dawno nie robiłam takiego obiadku, więc może niedługo się skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja pamietam ta mortadele z przedszkola. I wiem, ze bardzo mi smakowala! Ciekawe czy teraz tez by tak bylo. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. O! A ja mortadelę inaczej robię. Dzięki za przypomnienie! Zrobię to pokażę w Garkotłuku :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. ach.. i u mnie jadało sie takie mortadelowe kotleciki. bardzo sporadycznie, ale wracamy do nich.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja od tamtych czasów nienawidzę kolejek - w każdej postaci.
    Nigdy nie stałam po nic w nocnej kolejce, po prostu czegoś nie mieliśmy.
    A jeśli chodzi o wymiany kartek na alkohol za mięsne nie każdy miał taką możliwość - ja nie miałam. Również ze względu na charakter pracy nie wyjeżdżałam nigdy w delegacje, mój M. też nie, więc nic zdobyć“ się nie dało.
    Ograniczałam do niezbędnego minimum zakupy z niemowlakiem w wózku, bo to było straszne.
    Nienawiść kolejki "zwykłej" do tej kolejki "bez kolejki" (kto to może zrozumieć w normalnym kraju!), była tak wielka, że aż widziało się żądzę mordu w oczach niektórych
    ludzi.
    Dlatego pewnych rzeczy w ogóle nie jedliśmy, albo bardzo rzadko.

    OdpowiedzUsuń
  11. Mortadela po mojemu już w Garkotłuku ;-)
    http://garymoniki.blogspot.com/2010/06/mortadela-w-ciescie.html

    OdpowiedzUsuń
  12. Ostatnio robiłam takie kotleciki;) Mój Luby bardzo lubi. Ja dopiero niedawno zostałam uświadomiona, że to mortadela a nie...marta dela;)

    OdpowiedzUsuń