wtorek, 13 lipca 2010

Nie wyrzucam chleba...

Raczej nie planowałam udziału w akcji "Nie marnuj żywności", ale jak wiadomo "nigdy, nie mów nigdy"
Kiedy przeczytałam to zaproszenie zaczęłam się zastanawiać, czy miałabym z czym dołączyć do akcji, bo właściwie nie mam zbędnych produktów w lodówce lub w szafkach.
Taki produktów, które zalegają w szafkach i z których można wykombinować jakąś potrawę.
Raczej rzadko coś wyrzucam (tylko jeśli się zbyt szybko zepsuje), a kupuję potrzebne ilości.
Kupuję to, co mi potrzebne do planowanych potraw oraz trochę "żelaznych" zapasów.
Takich, które przezorna gospodyni ma zawsze w zapasie.
To pewnie pozostałość trudnych lat naszego zaopatrzenia.
Ale sam pomysł akcji uważam za ciekawy i bardzo potrzebny.
Trzeba uświadamiać ludzi (szczególnie młodych), którzy w obecnych czasach bogactwa i nadmiaru żywności, nie zastanawiają się nad tym problemem.
Nawet go nie dostrzegają, w sytuacji, gdy pojęcie "głodu" wydaje się być czymś odległym i egzotycznym...
Zanikły już chyba dawne gesty - kto dziś stawia znak krzyża nad bochenkiem chleba, który za chwilę będzie krojony?
A ja to pamiętam z dzieciństwa - widziałam wielokrotnie, bo tak robił mój dziadek na wsi, widziałam u tej właśnie wiejskiej części rodziny na Podlasiu.
Nigdy nie wyrzucam pieczywa - kupuję taką ilość, żebyśmy nie musieli jeść długo już czerstwego. 
Owszem, zdarzyło mi się, że byłam zmuszona do wyrzucenia, ale były to przypadki, gdy chleb spleśniał.
Wszelkie  pozostałości bułki i angielki (nazywane również bułkami paryskimi) suszę i przerabiam na tartą bułkę lub używam do kotletów mielonych.

Tydzień temu chciałam na śniadanie zrobić sobie grzanki.
Niestety, okazało się, że toster nie działa - nie wiadomo, czy sprzęt się zepsuł, czy to przewód szwankuje.
Mój M. był w pracy, a ja  właśnie wyjeżdżałam.
Włożyłam więc ostatnie trzy kromki do lodówki, żeby je zabezpieczyć.
Tak robię, gdy w torebce pozostają ostatnie kromki, bo zdarzyło mi się, że właśnie ta końcówka pleśnieje.
Mój M. chleba nie ruszył, a ja dopiero teraz  po przyjeździe przypomniałam sobie o tym zepsutym tosterze.



Chleb leżał w lodówce, czekając nie wiadomo na co - ja nie lubię jeść takiego pieczywa bez podpieczenia.
Aż tu nagle, szykując chłodnik z piwa, czytam w przepisie "...podawać z grzankami...".
I równocześnie przypomniał o sobie chleb tostowy w lodówce.
Szybko go wyciągnęłam, dokładnie obejrzałam i obwąchałam (jestem bardzo wrażliwa na zapachy) - był dobry, tylko lekko wilgotny (a właściwie zimny).
Przechowanie w lodówce przedłużyło mu tzw. okres przydatności do spożycia.
Pokroiłam w dużą kostkę i zrumieniłam na patelni, z niewielką ilością oleju.
Wyszły z niego pyszne grzanki - puszyste, słodkie i delikatne, w sam raz do słodkiego chłodnika z piwa, o którym w następnym poście.

6 komentarzy:

  1. Moi rodzice wpoili mi szacunek do chleba. Upuszczona kromke sie calowalo i niemal prosilo o wybaczenie, ze spadla na podloge. Chleb dojadalo sie do konca. Rodzice pochodzili z niezbyt bogatych rodzin, a Tato poznal nawet co to brak chleba.
    Teraz sama pieke chleb i nawet jesli nie wychodzi taki, jak bym chciala to zjadamy do ostatka - bo on sie nie psuje, a z czasem nawet dojrzewa w smaku. Uwielbiam kilkudniowy zgrilowany chleb - jest smaczniejszy od swiezego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Takie podejście do chleba nie jest mi obce, choć nie zawsze udaje mi się nie zgrzeszyć wyrzucaniem jego resztek. Staram się jednak zapobiegać temu kupując mało, mrożąc nadmiar (zamrażanie jest dobrym sposobem konserwacji pieczywa) i wykorzystując resztki na wszelkie sposoby podane przez Pelę (tosty, grzanki, bułka tarta), albo oddaję hodowcom kur na wieś.
    Ostatnio chleb je w domu tylko mój mąż, co jest jeszcze większym wyzwaniem jeśli chodzi o wykorzystanie kupionych ilości do końca.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie się czasem zdarza, po świętach lub długich weekendach, że zostaje mi nadmiar chleba - wtedy robię pudding chlebowy. A takie grzanki robię często do zup kremowych - ostatnio do zielonej z groszku. Bułki też suszę i ścieram. A moja Mama dopiero niedawno zaczęła kupować chleb krojony, a bochenki kroiła zaczynając od krzyża.

    OdpowiedzUsuń
  4. U mnie w domu chleba nigdy mama nie wyrzucała. Wędrował do kurek babci.
    Obecnie kurek nie ma, chleb ląduje w zamrażarce i czeka na awaryjną sytuację. Ja z reguły robię ze starszego chleba tosty bądź maczam je w jajku i smażę na patelni.
    Grzanki..mmm- ciekawa jestem tego chłodnika;)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak dobrze, że jest nas trochę..
    Dzięki temu szacunek dla chleba ma szansę przetrwać w naszych rodzinach...

    OdpowiedzUsuń
  6. ja również nigdy nie wyrzucam chleba, bardzo źle bym się z tym czuła.

    OdpowiedzUsuń