piątek, 13 sierpnia 2010

Kuchenne wpadki - ciąg dalszy czyli o miłości w kuchni

O miłości w kuchni, ale tym razem nie chodzi o seks w kuchennej scenografii...

Zaczęłam pisać odpowiedź na komentarze do poprzedniego wpisu.
Ale tak się jakoś rozpisałam (rozgadałam), że  postanowiłam umieścić ją w kolejnym poście.
Nie będzie więc tutaj  żadnego przepisu, będzie garść moich myśli o kuchennych przeżyciach początkujących gospodyń/kucharek/pań domu.
Tak mnie jakoś znowu naszło na wspomnienia...

Zgadzam się z Wami, że czasami pomyłka lub kuchenna wpadka jest po prostu zmianą smaku, konsystencji  lub wyglądu ogólnego potrawy - nie psującą tak bardzo efektu końcowego.
Najczęściej jednak odbiega daleko od zamierzonego celu i jest niesmaczną, niejadalną plamą (na naszym kucharskim honorze).

Teraz zwróciłyście moją uwagę na drugi aspekt sprawy - jak na te wpadki reagują nasi mężczyźni?
Mężczyźni  gotujący - wybaczcie, że zwracam się do kobiet, ale to wynika z faktu, że nie znam osobiście ani jednego mężczyzny królującego w kuchni
Kiedy zaczynamy naszą kuchenną przygodę gotując samodzielnie dla naszego M. przeżywamy podwójny stres.
I wspaniale jest, gdy  nasz M. potrafi podejść do nieudaczników kuchennych naszej produkcji  ze zrozumieniem, z humorem (ale Broń Boże ironicznym, bo to dopiero dobija!), gdy nas wspiera i pociesza, a nie robi min mówiących "moja mamusia to gotowała tak .....".
 
Ja o moich  początkach w kuchni kiedyś pisałam na starym blogu, ale to tylko kilka zdań, a mogłabym napisać całą książeczkę.
Kiedy zostałam samodzielną gospodynią we własnej kuchni nie miałam o gotowaniu zielonego pojęcia.
Rozpoczynałam trzeci rok studiów, w domu moja mama nie włączała mnie do prac kuchennych.
Bardzo niepedagogicznie mawiała, że mam się uczyć (w sensie szkolnym), a nie stać przy garach.
Szkoda, że wtedy byłam tak posłuszną córką i jednak nie próbowałam samodzielności przy kuchennym piecu.
Pierwszym moim wybrykiem było zahartowanie kartofli - to skutek całkowitego braku  rozeznania.
Mama kazała mi ugotować kartofle -  gotowałam, w pewnym momencie wody było mało (według mnie), a kartofle nadal twarde.
Wylałam więc tę marną resztkę, wlałam do garnka odpowiednią ilość nowej wody - zimnej! i gotowałam dalej.
Miałam wtedy 11-12 lat...

Moje pierwsze kuchenne kroki już na własnym gospodarstwie związane były z ogromnym stresem (wiadomo, przecież bardzo mi zależało).
Stałam więc nad garnkiem z zupą i pilnie śledziłam, czy para z garnka leci w dobrą stronę (dlaczego? nie wiem).
Pierwsza (i ostatnia do niedawna) zasmażka była wielkimi kluchami na patelni - tak się zraziłam, że nie używałam zasmażki bardzo długo.
Pierogi z serem po wrzuceniu do garnka przywarły, więc tak mocno je odrywałam od dna, że zrobiła się piękna zupa serowo - ciastowa.
Kiedy ja, płacząc, sprzątałam pobojowisko w kuchni, bo w trakcie robienia tych nieszczęsnych pierogów stolnica spadła na podłogę i wszystko się umączyło, mój świeży mąż ( było to zaraz po ślubie) spokojnie wyłowił z garnka składniki pierogów, wszystko zjadł i wmawiał mi, że mu smakowało.

A potem pocieszał we właściwy sposób...
Jednak nawet teraz, po latach, bardzo przeżywam swoje kuchenne niedociągnięcia, denerwują mnie własne niedoróbki, opóźnienia w przygotowaniach (szczególnie kiedy goście już za progiem).
Chyba za bardzo się przejmuję i nie mogę nabrać właściwego dystansu do porażek.
A tu jest właśnie pole do popisu dla kochających M.

Mogę się jednak pocieszyć, że mimo początkowych potknięć nie było ze mną tak źle, jak z tą młodą gospodynią z przedwojennego dowcipu o faszerowanych kurczakach***


Najważniejsza w kuchni jest wzajemna miłość - bez niej najwymyślniejsze frykasy nie smakują... po prostu...

Ze względu na dzisiejszą datę - 13 piątek- dałam szansę komu trzeba tam na górze i zagrałam w totka... pewnie znowu nic nie wygram, z czego powinnam się cieszyć w myśl powiedzonka (kto nie ma szczęścia  ... itd)...

*** Przedwojenny dowcip o faszerowanych kurczakach:
Młoda żona samodzielnie przygotowała swój pierwszy obiad .
Przyniosła z kuchni , pięknie ułożone na półmiskach kurczęta.
Mąż powąchał je i zapytał żonę:
- Kochanie, a co dałaś jako farsz?
A żona odpowiada (mocno zdziwiona):
- Nic nie dałam, one już były pełne w środku.

4 komentarze:

  1. Dowcip niezły :) Zgadzam się, że wszelkie niepowodzenia łatwiej przeżyć gdy bliska osoba jest w stanie wesprzeć Cię w porażce. Mam nadzieję, że mój przyszły małżonek będzie potrafił.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uśmiałam się i z dowcipu i z kulinarnych wpadek. Przypomniało mi to, jak gotowałam moją pierwszą w życiu zupę. Miała to być pomidorowa, na którą mama mojego, wówczas jeszcze narzeczonego, dała własnoręcznie zrobione pomidory. Niestety, u mnie w domu używało się tylko przecieru, więc nie wiedziałam co z tymi pomidorami zrobić. Wrzuciłam je do bulionu i gotowałam. Niestety, nie wpadłam na to, żeby je zmiksować, więc w zupie pływały wielkie pomidory, które zabarwiły mój bulion na lekko czerwony kolor. Dodatkowo zapragnęłam zupę zabielić i oczywiście, śmietana koncertowo mi się zważyła, tworząc na zupie biały kożuszek. Jakby tego było mało, kurczak na którym gotowałam zupę, był niedogotowany. Załamana, ściągnęłam ją z gazu, ubrałam się i wyszłam z domu, żeby kupić coś innego na obiad, zanim wróci mój mężczyzna. Minęłam się z nim i gdy wróciłam, znalazłam go jedzącego tą nieszczęsną zupę. Ba, nawet mówił, że była smaczna :) Teraz po latach się z tego śmiejemy, a każdą moja kulinarna wpadkę porównujemy do tej pierwszej pomidorowej właśnie...Jak do tej potry, nic jej jeszcze w rankingu kuchennych niewypałów nie pobiło ;)
    Z pomidorową zresztą miałam też inne przeboje. Pierwsza pomidorowa z ryżem była tak gęsta, że łyżkę można było w niej stawiać. Wydawało mi się, że ryżu jest za mało, więc dosypałam więcej...Ugotowałam, zjadłam, odstawiłam. Gdy mąż wrócił z pracy, z zupy zrobiło się pomidorowe risotto niemalże, gdyż cały ryż wchłonął płyn ;)

    Ech, może trudno uwierzyć, ale pomidorowa w dalszym ciągu jest moją ulubioną zupą ;)

    Ps. Ależ się rozpisałam :) Sorki :P

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja musiałam gotować od podstawówki, co trzeci dzień, na zmianę z siostrami. Mama wydawała rano dyspozycje: kup to i to, albo wyciągnij z zamrażarki tamto i zrób na obiad ... i tu padała bardzo konkretna nazwa, która niewiele mówiła. Potem odbywała się gorąca linia z mamą w pracy, typu: pokroiłam cebulę, co dalej? Tak więc w małżeństwo weszłam z ponad dziesięcioletnim stażem w kuchni. Teściowej mogę podziękować za wychowanie smakosza sałatek i wszystkiego co domowe. Najbardziej narzekam jednak na zbytnie rozpieszczenie podniebienia mego małżonka. Sama oczywiście do tego się przyczyniłam. Bywa, że ów wspomniany przychodzi z pracy i kręci nosem, że obiadkowi czegoś tam brak. Czasem żałuję, że na początku nie udawałam całkiem lewej w kuchni.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja jestem kompletnym ciapciakiem kulinarnym. Ciągle mi coś nie wychodzi tak, jakbym chciała. Tyle, że nie są to zbyt spektakularne wpadki - ot, trochę za dużo tego, za mało tamtego... Ale jeść się da ;) Mój D. na szczęście nie jest wybredny - je grzecznie prawie wszystko. Byleby za ostre nie było. A ciasto zje chyba każde - nawet takie z zakalcem.

    W kuchni akurat mam dystans do tego, co się dzieje - owszem, czasem zdarza mi się użyć słów powszechnie uznanych za niecenzuralne (jak nikt nie słucha...), ale ogólnie staram się nie przejmować. Pewnie dlatego, że dopiero "raczkuję", więc nie wymagam od siebie wiedzy na każdy temat. Natomiast staram się uczyć na błędach - a to ważne jest nie tylko w kuchni :)

    OdpowiedzUsuń