czwartek, 29 lipca 2010

Akcja przedłużona

Z radością uprzejmie donoszę, że zgodnie z sugestiami uczestników zabawy akcja przedłużona do końca sierpnia...
Z radością, bo będzie czas na przygotowanie kolejnych potraw...

poniedziałek, 26 lipca 2010

Domowy fast food

Upał nie sprzyja wydajnej pracy mojego mózgu - właściwie to nie sprzyja żadnej pracy.
Jak podkreślam do znudzenia - NIENAWIDZĘ upałów.
Marzę o mroźnej zimie ze śniegiem...
Właśnie z powodu gorącego kotła w jakim ostatnio żyjemy zrobiłyśmy sobie z córką taki damski obiadek czyli napchane bułeczki pod naszą nazwą "Indykburger".

Nie jestem z epoki fast foodów - jestem z epoki zbiorowego żywienia i barów mlecznych.
Na przełomie zmian ustrojowych kilka razy zjadłam na ulicy (opcji lokalowej nie było), kupione w ulicznej budce tzw. "zapiekanki z pieczarkami" czyli mini-bagietki.
Twarde, pokryte mocno spieczoną masą, w sumie mało apetyczne i nie mające wiele wspólnego z zapiekanką jako taką.
Bardzo nie lubię jeść na ulicy i po tych kilku pierwszych razach już  tego nie robię.
Co to za przyjemność! -  idąc czy nawet stojąc w ulicznym tłumie - trzymać wielką gorącą bułę (która nas parzy w palce przez cieniutką warstwę papierowej torebki), męczyć się, żeby załapać zębami choć kawałek buły (ponadnormatywnej do naszego otworu gębowego), z boku wypadają nam na ubranie drobne kawałki warzywnych dodatków, a jako uzupełnienie oblewamy się majonezem, keczupem lub musztardą wyciskaną z każdym kęsem ze środka...

Jednak w ramach ciągłych  nowości (w mojej kuchni) będąc w sklepie skusiłam się na bułeczki sezamowe, myśląc również o swoim kolejnym udziale w akcji Grumków.
Dla mnie symbolem amerykańskiej kuchni (amerykańskiej w naszym polskim kojarzeniu czyli ze Stanów Zjednoczonych) jest właśnie hamburger.
Co prawda to nie "ham ..."  tylko indyk, ale sam sposób przyrządzenia i jedzenia jest najbardziej amerykański w naszej świadomości.
Wiem, że to nie jest żaden super, odkrywczy przepis.
Jednak dla moich kuchennych dokonań to jest rewolucja, takie otwarcie fastfoodowej furtki.

Z ciekawości przejrzałam kilkadziesiąt przepisów z różnych źródeł w sieci.

A nasze burgery zrobiłyśmy według kompozycji własnej, będącej oczywiście kompilacją wcześniej znalezionych.


Składniki:
- 50 dkg mięsa z indyka 
- 1 cebula
- 1 papryczka chili
- 1 białko
- 1 łyżka mieszanki ostrych przypraw (według naszego smaku)
- 1 płaska łyżeczka kminu rzymskiego
- 1 łyżeczka sosu Worcester
- sól , pieprz, olej
- 1/2 szklanki startego sera typu cheddar
- kilka listków sałaty
- 2 pomidory
- 1 cebula pokrojona w plasterki (najlepiej czerwona, ale akurat nie miałyśmy)
- 4 bułki sezamowe do burgerów
- majone, keczup

Mięso zmielić, ale można również posłużyć się blenderem (częścią z szerokim nożykiem).
Sprawdziłam właśnie na tym mięsku drobiowym - ekspresowo się rozdrobniło.
W misce połączyć mięso, z posiekana cebulą i papryczką, dodać białko, sos, przyprawy i dobrze wymieszać.
Rozgrzać grill lub patelnię grillową (ja jednak trochę podlałam olejem, bo za bardzo się spiekły na początku).
Formować burgery grubości ok. 1,5 cm.
Posypać z obu stron solą i pieprzem.
Smażyć na patelni ok. 5-6 minut z każdej strony.
Robiąc je pierwszy raz usmażyłam małe kotleciki, ale następnym razem (jeśli będzie) zrobię większe, takie na całą bułkę.

Bułeczki ogrzać w piekarniku.
Rozkroić - położyć burgery, posmarować  - u nas był to keczup z majonezem


przykryć listkami sałaty, plasterkami pomidora, krążkami cebuli, posypać startym serem i jeszcze innymi dodatkami na jakie mamy ochotę, np. plasterki avocado


nakryć górą bułeczki...
I gotowe... pozostaje zabrać się do jedzenia.
Oczywiście na jedno posiedzenie zjadłyśmy po jednej bułce - nie byłabym w stanie pochłonąć dwóch na raz.
Pozostałe usmażone kotleciki poczekały w lodówce do następnego dnia...

środa, 14 lipca 2010

Chłodnik z piwa

Lipcowe lato... koszmarny upał... rozgrzane miasto ciężko dyszy... w nieruchomym powietrzu zmieszane niemiłe zapachy spalin, rozgrzanego asfaltu, kurzu i wszelkiego innego wielkomiejskiego zaduchu...
Jak żyć w takich warunkach?
Nie da się normalnie funkcjonować...może inni to potrafią - Ci, którzy kochają upały...
Ja nie potrafię...nienawidzę upału... mogę tylko wegetować, wykonując konieczne czynności...
Co robię w kuchni?
Minimalistycznie gotuję, bo muszę to robić dla moich rodziców ...
Ale poza tym uciekam od pieca.
Na szczęście mój M. uwielbia chłodniki, więc codziennie dostaje ich pełne talerze.

A to oczekiwany przez Was przepis na chłodnik z piwa - trzy dni zabieram się do napisania posta i nie byłam w stanie sklecić w całość kilku zdań...

Składniki (zrobiłam z połowy podanych ilości):
- 1/2 l wody
- 1 szklanka cukru
- 2 goździki 
- 2 łyżki rodzynków
- 1 nieduża cytryna
- 1 laska cynamonu (dałam 1 płaską łyżeczkę mielonego)
- 2 butelki jasnego piwa
- 1 szklanka słodkiego czerwonego wina (dałam wino wytrawne)
- ewentualnie 1 szklanka śmietany

Do zimnej wody włożyć cynamon, goździki, wsypać cukier i gotować 20 minut.


Zestawić z ognia - wsypać rodzynki (ja wcześniej je sparzyłam) i wycisnąć sok z cytryny.
Gdy całkowicie wystygnie - wstawić do lodówki.
Przed podaniem wlać piwo


i wino

(oczywiście też mocno zimne z lodówki), wymieszać.
Ewentualnie jeszcze można dodać śmietanę (ja nie dałam).
Podawać z grzankami - moja propozycja to Grzanki z pieczywa tostowego 3 ziarna.
Wspaniale pasują...



Źródło przepisu: wydawnictwo miesięcznika KUCHNIA  "Rok w kuchni. Część I wiosna/lato"

wtorek, 13 lipca 2010

Nie wyrzucam chleba...

Raczej nie planowałam udziału w akcji "Nie marnuj żywności", ale jak wiadomo "nigdy, nie mów nigdy"
Kiedy przeczytałam to zaproszenie zaczęłam się zastanawiać, czy miałabym z czym dołączyć do akcji, bo właściwie nie mam zbędnych produktów w lodówce lub w szafkach.
Taki produktów, które zalegają w szafkach i z których można wykombinować jakąś potrawę.
Raczej rzadko coś wyrzucam (tylko jeśli się zbyt szybko zepsuje), a kupuję potrzebne ilości.
Kupuję to, co mi potrzebne do planowanych potraw oraz trochę "żelaznych" zapasów.
Takich, które przezorna gospodyni ma zawsze w zapasie.
To pewnie pozostałość trudnych lat naszego zaopatrzenia.
Ale sam pomysł akcji uważam za ciekawy i bardzo potrzebny.
Trzeba uświadamiać ludzi (szczególnie młodych), którzy w obecnych czasach bogactwa i nadmiaru żywności, nie zastanawiają się nad tym problemem.
Nawet go nie dostrzegają, w sytuacji, gdy pojęcie "głodu" wydaje się być czymś odległym i egzotycznym...
Zanikły już chyba dawne gesty - kto dziś stawia znak krzyża nad bochenkiem chleba, który za chwilę będzie krojony?
A ja to pamiętam z dzieciństwa - widziałam wielokrotnie, bo tak robił mój dziadek na wsi, widziałam u tej właśnie wiejskiej części rodziny na Podlasiu.
Nigdy nie wyrzucam pieczywa - kupuję taką ilość, żebyśmy nie musieli jeść długo już czerstwego. 
Owszem, zdarzyło mi się, że byłam zmuszona do wyrzucenia, ale były to przypadki, gdy chleb spleśniał.
Wszelkie  pozostałości bułki i angielki (nazywane również bułkami paryskimi) suszę i przerabiam na tartą bułkę lub używam do kotletów mielonych.

Tydzień temu chciałam na śniadanie zrobić sobie grzanki.
Niestety, okazało się, że toster nie działa - nie wiadomo, czy sprzęt się zepsuł, czy to przewód szwankuje.
Mój M. był w pracy, a ja  właśnie wyjeżdżałam.
Włożyłam więc ostatnie trzy kromki do lodówki, żeby je zabezpieczyć.
Tak robię, gdy w torebce pozostają ostatnie kromki, bo zdarzyło mi się, że właśnie ta końcówka pleśnieje.
Mój M. chleba nie ruszył, a ja dopiero teraz  po przyjeździe przypomniałam sobie o tym zepsutym tosterze.



Chleb leżał w lodówce, czekając nie wiadomo na co - ja nie lubię jeść takiego pieczywa bez podpieczenia.
Aż tu nagle, szykując chłodnik z piwa, czytam w przepisie "...podawać z grzankami...".
I równocześnie przypomniał o sobie chleb tostowy w lodówce.
Szybko go wyciągnęłam, dokładnie obejrzałam i obwąchałam (jestem bardzo wrażliwa na zapachy) - był dobry, tylko lekko wilgotny (a właściwie zimny).
Przechowanie w lodówce przedłużyło mu tzw. okres przydatności do spożycia.
Pokroiłam w dużą kostkę i zrumieniłam na patelni, z niewielką ilością oleju.
Wyszły z niego pyszne grzanki - puszyste, słodkie i delikatne, w sam raz do słodkiego chłodnika z piwa, o którym w następnym poście.

środa, 7 lipca 2010

Chłodnik pomidorowy

Mówiąc krótko - Upał!!!...
Na upał - chłodnik...
Dzisiaj:                                                 Chłodnik pomidorowy

Składniki:
- 8 pomidorów
- 1 cebula
- 1 łyżka oliwy
- 2 łyżki śmietany
- 2 łyżki posiekanego szczypiorku
- 1 i 1/2 szklanki maślanki (a dałam kefir)
- sok z 1/2 cytryny
- szczypta cukru pudru
- szczypta  słodkiej papryki
- sól
- 2 jajka

Pomidory zmiksować i wymieszać z utartą lub posiekaną cebulą,  oliwą, śmietaną, cukrem, papryką i sokiem z cytryny.

Zalać maślanką, wymieszać, posolić do smaku - schłodzić w lodówce.
Podawać z ćwiartkami jajek ugotowanych na twardo, posypać szczypiorkiem.


Źródło przepisu: wydawnictwo miesięcznika KUCHNIA  "Rok w kuchni. Część I wiosna/lato"

czwartek, 1 lipca 2010

Na afrykańską nutę

Nie pasjonuję się piłką nożną (nudzi mnie), nie oglądam Mundialu, coś tam mi wpadnie w ucho przy okazji serwisów informacyjnych.
Natomiast pomysł kulinarnej akcji  Mundial  w RPA, czyli posmakuj Afryki  przy okazji tej imprezy sportowej bardzo mi się spodobał.
Afryka to dla mnie kontynent, którego zupełnie nie znam.
Zachwyca mnie przyroda, oglądana tylko na zdjęciach i filmach.
Jednak dotychczas zupełnie nie interesowała mnie kuchnia - co tam się obecnie jada, jakie są specjalności poszczególnych regionów.
Chyba moja wiedza zatrzymała się na "W pustyni i w puszczy".
A teraz jest okazja, żeby poszukać, poczytać, a przede wszystkim spróbować coś upichcić w naszych polskich warunkach.
Jedno, co jest aktualnie bardzo sprzyjające temu, to pogoda.
Okropne upały pomagają nam wczuć się w tamten klimat, chociaż z porami roku w Afryce nie jest tak prosto.
Mistrzostwa trwają już jakiś czas, a dopiero teraz wchodzę do akcji (nomen omen).

Zaczynam oczywiście od zup, tym bardziej, że dzisiaj również rozpoczął się II Letni Festiwal Zupy.
Wybrałam łatwiutką do zrobienia wersję pomidorówki (moja ulubiona zupa).
Przepis pochodzi z tej strony: http://afryka.org/?showNewsPlus=4396

Afrykańska zupa z orzeszkami ziemnymi 

Jest to afrykańska wersja pomidorówki – dla tych, którzy nie boją się eksperymentować z nowymi smakami.
Składniki: (na 4 porcje)
- 1 łyżka oleju
- 2 posiekane ząbki czosnku
- mała puszeczka koncentratu pomidorowego  ( w oryginale - w paście)
- 4 łyżki kremowego masła z orzeszków ziemnych (peanut butter)
- 1/2 łyżeczki ostrej papryki
- 4 filiżanki bulionu z kury (może być z kostki)

W głębokiej patelni zagrzać olej i usmażyć czosnek, na złoty kolor (ok. 1 minuty). Uwaga -  czosnek bardzo łatwo może się spalić. 
Następnie dodać pastę pomidorową , masło orzechowe,


paprykę  i 1/2 kubka bulionu. 
Rozprowadzić składniki, dodać resztę bulionu. 


Gotować przez ok. 10 minut (mieszając). 
Podawać gorącą, w niewielkich miseczkach.


Niestety, w przepisie nie ma wzmianki, czy zupę jada się samą, czy z dodatkami.
Nie mamy możliwość sprawdzić na miejscu, więc dodałam troszkę makaronu świderki.
A sama zupa jest rzeczywiście oryginalną i ciekawą wersją pomidorówki - z orzechowym smakiem i zapachem.