poniedziałek, 21 lutego 2011

A miało być tak pięknie...

W środku okropnie upalnego minionego lata siedziałam w pociągu (na szczęście z klimatyzacją), przeglądałam gazetkę kupioną  na dworcu ze stoiska "tanie gazety" (nowości już od dawna nie kupuję) i znalazłam ten przepis.
Od razu pomyślałam "to zrobię na Czekoladowy Weekend u Bei."
I zrobiłam, chociaż za oknem luty przypomniał nam o sobie śniegiem i mrozem (na moim termometrze już jest  minus 18 stopni).
Mnie zima nie przeszkadza w przygotowaniu zimnego deseru, lubię zimne klimaty pod każdą postacią.
A sam deser nie jest rewelacyjnie oryginalny - jest banalnie prosty, ale czasami ulegam pokusie samej nazwy.
To "kawowa granita" mnie skusiła, chociaż to przecież zwykła lodowa kruszonka.

I tu dochodzimy do sedna sprawy.
Kolejny skopany własnoręcznie  przepis w wyjątkowo oczekiwanej przeze mnie akcji.
To są skutki, gdy głowa zmęczona zmartwieniami nie skupi się właściwie.
Mam pretensje tylko do siebie, że niezbyt uważnie przeczytałam wcześniej ten przepis, że nie porównałam z jakimkolwiek innym przepisem na mus czekoladowy.
Tak, żeby się podeprzeć słowem drukowanym.
Powinna mnie zastanowić taka mała ilość płynu - na tyle czekolady.
Tylko 250 ml śmietanki na 200g czekolady i tylko 2 łyżki kawy rozpuszczalnej (w dodatku nie podano, czy w płynie, czy w proszku). Czyli dwie tabliczki czekolady na  kubeczek śmietanki
Oprócz tego jeszcze 300 ml kawy z ekspresu i 50 g cukru.
Ale to kawa na ową granitę - nie należy do musu.
Według przepisu jest to ilość na 4-5 porcji - nie wiem, chyba  autorkom się cudownie rozmnożyło.
Mnie wyszło malutko.

Jedyne co wzbudziło moja nieufność w trakcie robienia tego musu, to ilość czekolady.
Po prostu za dużo, ja nie przełknęłabym takiego stężenia czekolady.
Dałam część, mieszałam i po spróbowaniu jeszcze trochę czekolady dołożyłam i już mi się wydała zbyt mocna.
W ten sposób użyłam 2/3 z podanej ilości - od razu zdementuję domysły, że zbyt dużo wypróbowałam i dlatego efekt końcowy taki mizerny.
Nie lubię, gdy coś czekoladowego - mus, budyń, krem itd ma zbyt gorzki smak.
Na dowód, że nic nie przeoczyłam - zdjęcie z gazetki



A tyle powinnam uzyskać:



Ten przepis jest cały jakiś dziwny - ja nigdy nie wstawiam potraw do lodówki "do ostygnięcia" (patrz: ciepłych, gorących).
Kolejna dziwna sprawa "na 40-30 minut przed podaniem przelewamy mus do naczyń, w których będziemy go podawać i wstawiamy do zamrażarki".
Nie wiem, jak miałabym go przelać - mus oziębiony w lodówce wcale już nie chciał być w płynnej postaci.
Bardzo szybko zmienił konsystencję .

W ten sposób stworzyłam twardy deser na dnie trzech płaskich pucharków i zaliczyłam kolejną kuchenną wpadkę.
To moje "dzieło" rozmazane  - prawda, jakie cuda fotografii?


A może ja nie mam racji?
Może zgodnie z przepisem powinnam uzyskać więcej musu i to w płynnej postaci - idealnie aksamitnego???

7 komentarzy:

  1. Pelu, faktycznie mało tej śmietanki. Robiłam ostatnio brulee czekoladowe i na 1,5 tabliczki czekolady dawałam 300ml, więc tylko szklanka do 2 tabliczek bardzo dziwne... może to jakieś inne tabliczki, mniejsze. Ale to (w sensie gramaturę) już autorki powinny w przepisie umieścić.
    W każdym razie wygląda bardzo ładnie :D

    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej, ale frustracja!
    Droga Pelu, mysle, ze masz racje. Jesli chodzi o tradycyjny francuski mus czekoladowy, to brakuje mi w tym przepisie przede wszystkim jajek. Ja mam wersje na 4-5 osob, w ktorej 125 g czekolady przypada na 3 jajka, smietana w ogole nie jest konieczna. Ja jakos nie mam zaufania do tego typu gazetek, no i w necie mozna znalezc tyle przepisow, nie tylko na blogach, ale i na forach...
    Glowa do gory Pelu, swiat sie nie konczy na czekoladowym weekendzie ;))

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdarza się niestety nam wszystkim "znaleźć" takie przepisowe cudo...i to nie tylko w tanich gazetkach. Głowa do góry, Pela! Następnym deserem będziesz zachwycona:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ostatnio szukałam przepisu na tort - miał koniecznie być czekoladowy. I też spróbowałam z przepisem z gazetki - wyszedł plaskaty, twardy placuszek zamiast pięknego ciasta do przekrojenia na trzy części. Dzięki Bogu to było na próbę, bo chyba bym się ze wstydu spaliła, gdyby to goście zobaczyli... Tak już bywa - nie wszystko wychodzi. Ale to w końcu uroki życia, nieprawdaż? :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie, aż tak bardzo nie rozpaczam, ale byłam mocno wkurzona.
    Nikt chyba nie lubi kuchennych knotów, a mnie się takie czasami zdarzają - właśnie przy wypróbowywaniu nowych przepisów.
    A ten konkretny przepis pochodzi z gazety całkiem "markowej" - nie jakieś tam wydawnictwo za grosik.
    Jedynie ja kupiłam ją po niższej cenie, jako egzemplarz archiwalny, z drugiego obiegu (do poczytania w podróży).
    Dziękuję Wam za wspierające komentarze i pozdrawiam serdecznie .

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj Pelu, wspolczuje ze nie udalo sie tak jak myslalas :( Tez nie lubie takich przepisow - czasami mam wrazenie, ze pisane sa tylko 'z glowy', bez pozniejszego testowania; nastepnym razem bedzie lepiej :)

    Milo, ze mialas ochote sie przylaczyc do wspolnego czekoladowania :)

    Usciski!

    OdpowiedzUsuń
  7. Beo - to złośliwość losu u zadziałała.
    Cieszę się, że do mnie zajrzałaś.

    OdpowiedzUsuń