czwartek, 3 marca 2011

Bezpączkowo

Tłusty czwartek już prawie minął  - u mnie w tym roku bezpączkowo.
Po raz pierwszy od ... nie pamiętam kiedy.
Ja sama nigdy nie robiłam pączków - z powodów o których już wielokrotnie pisałam, czyli niechęci do zagniatania ciasta.
Mogłam jednak kupić - dzisiaj mijałam co najmniej kilkanaście takich miejsc, kuszących w dodatku karteczkami różnej maści przyklejonymi na szybach, typu "Tłusty czwartek - pączki tylko ...zł".
Od pewnego czasu nie mam jakoś ochoty na te "kupne" pączki.
Po pierwsze są one coraz większych rozmiarów.
Ja pamiętam z dzieciństwa pączki mniejsze, które mieściły się w naszym dziecięcym zgryzie.
Teraz wydaje mi się chwilami, że przydałaby się wielka paszczęka jak u tygrysa syberyjskiego, żeby móc zaliczyć pierwszego gryza.
To zresztą dotyczy również innych ciastek - ptysie są już wysokości piramid egipskich, a wuzetki wielkości małych torcików.
Kiedyś ciastko w cukierni było ciastkiem, a nie wielkim ciachem - za wielkim do zjedzenia "na miejscu" (bez przyrządów typu łyżeczka).
A mini- ciasteczka, czyli miniaturki ciastek z pewnej słynnej cukierni warszawskiej? Można było spróbować jednorazowo kilku takich ciasteczek, a przy jedzeniu dzisiejszych ciastek pod koniec jednego mam już dość.
Z asortymentu cukierniczego zniknęły niestety niektóre ulubione nasze ciastka, takie jak na przykład tortowe, ponczowe i pewnie jeszcze kilka innych.
Coraz mniej jest małych cukierni, które będąc w prywatnych rękach, ostały się przez dziesięciolecia wszelkim przeciwnościom w PRL-u, a padły w dobie drapieżnego kapitalizmu.
Tak właśnie niedawno przestała istnieć pewna cukiernia, którą pamiętam jeszcze z czasów podstawówki.

Chodziłyśmy tam na ciastka po lekcjach - ciastka na miejscu jadło się przy białym metalowym stoliku z marmurowym blatem, siedząc na równie białym krzesełku o fikuśnych kształtach. 


Ale wracam do tematu głównego - drugim powodem rezygnacji z kupowania obecnych pączków jest opakowanie.
Odrzuca mnie, kiedy te wielkie, nadmiernie puchate pączki oblane lukrem wpycha się do torebki foliowej. Jakby nie trzymać taką torebkę, w domu wyciągniemy z niej plaskate zaparzone gnieciuchy z rozdyźdaną polewą.
Czasami wykłócam się z ekspedientką o torebką papierową, bo wiem, że mają takie torebki, ale najpierw wciskają klientowi foliówkę.

Nie zrobiłam, nie kupiłam, więc nie jadłam...

4 komentarze:

  1. ja pączków również nie upiekłam. ale bardziej z powodów braku konsumentów. ja pączków nie jadam, mój Luby na diecie- a jeśli mają być pączki to tylko te babcine (przepis na około 90 sztuk).
    za to Luby wczoraj zakupił sobie dwa pączki- jak stwierdził -jeden był nawet zjedliwy;) ale i tak nie smakowało to jak pączek.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pelu,mną kierują podobne powody.Głównie taki,że nie są moimi ulubionymi ciastkami.Kupnych w ogóle bym nie spróbowała.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pelu, u mnie też bezpączkowo :D i źle mi z tym nie jest! za to były wczoraj pomarańcze, i to jakie :D
    pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja jeszcze nie wspomniałam o braku zaufania do świeżości produktów - kiedyś mi nie przeszkadzała świadomość, że pączki mogą być smażone na starym oleju, taki wielokrotnego użytku. Po prostu nawet o tym nie myślałam.
    Ale teraz jakoś nie mam ochoty na takie pączki, frytki itd.

    OdpowiedzUsuń