wtorek, 14 czerwca 2011

Okiem turystycznym

Ledwie opuściłam sieć na kilka dni, a tu takie zmiany.
Wiadomość o nagłej, niezapowiedzianej likwidacji Durszlaka niemile mnie zaskoczyła - jak  chyba wszystkich durszlakowców.
Byłam tam prawie od samego początku, kiedy liczba zarejestrowanych blogów była mniejsza niż 50.
W ostatnich dniach na liczniku pokazywało się ponad 800 blogów.
Gdyby admin choć trochę pomyślał o nas bardziej personalnie i uprzedził o swoich planach, można było coś zapisać (szczególnie w zakresie naszych akcji).
Mówi się trudno.. to kolejny  przykład niestałości i nieprzewidywalności sieci.

Podobno coś się dzieje, ktoś  buduje nową stronę durszlakową... 
Ja na razie (po dłuższym namyśle) podążyłam śladem przyjaciół i znajomych do Miksera. którego znam od początku jego istnienia, ale jakoś mnie tam nie ciągnęło.
Strona wydawała mi się przeładowana i nieczytelna.
Zobaczę, może jednak się odnajdę w nowym miejscu... tym bardziej, że doczytałam się o stałych pracach nad stroną.

W czasie, kiedy mnie tu nie było, byłam na wymarzonym  wyjeździe.
Od 6 lat  z powodów rodzinnych nigdzie nie mogłam wyjechać.
Cały czas jednak myślałam o dniu, kiedy usiądę na plaży nad naszym polskim morzem i będę się gapić na fale.
Tak po prostu patrzeć na bezmiar morza...
Kocham nasze morze i tam odpoczywam najlepiej.


Tym razem nie bawiłam się w campingowe kuchmacenie, co zresztą zawsze bardzo lubiłam.
Jedliśmy z moim M. w różnych miejscach, już działających, chociaż to podobno jeszcze nie sezon.
Trochę głupio być pełnoprawnym turystą-wczasowiczem-letnikiem i mieć wrażenie, że przed sezonem to nikomu na takich nie zależy.
Za mało kasy się na nich zarobi.
Budki z jedzeniem, smażalnie, stragany z "pamiątkami", lodziarnie i wszelkie inne charakterystyczne miejsca dopiero się ustawiają, konstruują, malują, zapełniają towarem.
Oczywiście bankomaty też wyrastają jak grzyby po deszczu.
Na szczęście trochę barów już działa, więc można się pożywić.
Zaplanowałam żywienie się obiadowo wyłącznie rybami - taką miałam chęć, chociaż ze świadomością, że świeżej ryby tam nie uświadczysz (brak portu).
Ale w tym morskim otoczeniu i na świeżym powietrzu ryba smakuje inaczej niż w środku Polski.
Pojedliśmy więc sobie rybek pod różnymi postaciami.

Z zup wybieraliśmy najczęściej zupę rybną dostępną pod różnymi nazwami: piracka, bosmańska lub po prostu rybna.
Wszystkie te zupy w poszczególnych barach prawie się od siebie nie różniły -  może w szczegółach składników i dodatków, a na pewno w  gęstości oraz stopnia ostrości przypraw.
Włoszczyzna, pomidory, papryka , pstrąg.
Smakował mi taki zestaw, więc na pewno ją odtworzę w najbliższym czasie.

Najgorzej w tym towarzystwie wypadły surówki.
W większości barów (podkreślam: w większości, nie we wszystkich) były to chyba gotowce z plastikowych wiaderek, leżące smętnie w metalowych pojemnikach od rana do wieczora.

Wyglądały mało apetycznie - zmięte, ugniecione, wysuszone -  a smak odpowiadał wyglądowi.
Kupiłam raz na próbę i to było dość ciężkie doświadczenie.
Nie mówiąc już o lekkich sensacjach żołądkowych, które nas dopadły.

Można nie wymagać zbyt wiele od oferty najprostszego barku przy plaży.
Ale co powiedzieć  na półsurowe frytki, podane w lokalu przyhotelowym, aspirującym do wyższej kategorii?
Mój M. skwitował to krótko kultowym cytatem: "kasza przypalona w tej Victorii" .

I te wszechobecne  mrożonki reanimowane w kuchenkach mikrofalowych i w oleju.
Frytki, ziemniaczane talarki, zapiekanki, placki itd

Mimo to jakoś przeżyliśmy, w sumie pojedliśmy smacznie i  nie najgorzej, a że jedzenie tym razem nie było najważniejsze... to i rozczarowanie niezbyt duże...

Bardziej przygnębiająca była dla mnie globalizacja handlowo-gastronomiczna.
Już w czasie drogi widziałam  w różnych miastach te same supermarkety i bary z fast foodami.
I na miejscu, w sklepach spożywczych,  żywność od znanych i w moim mieście producentów.

Kiedyś, jadąc na wakacje, urlop odnajdywałam tam  jakąś lokalną specyfikę - chociażby nabiał z miejscowej mleczarni, cukier z pobliskiej cukrowni, napoje z malutkiej rozlewni.
Tego już nie ma... i najlepiej wszystkim obciążyć unijne rozporządzenia.

5 komentarzy:

  1. Pelu, Durszlaka wszyscy żałują... Dobrze, że jesteś na Mikserze.
    A ja za morzem nie przepadam, wolę jeziorka - i na pojezierzach można zjeść lokalne przysmaki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przykre to co piszesz o aktualnym jedzeniu nad morzem... Nie sadzilam, ze az tak zle to teraz wyglada :/
    A Durszlaka tez zaluje, ale mowi sie trudno. Niestety.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Grażynko, Beo - czas pokaże jak się odnajdę na mikserze i jak w ogóle będzie on dalej funkcjonował.
    Nie wiadomo co pozostanie po tym sztucznym ruchu spowodowanym zniknięciem Durszlaka.
    Nagle ludzie się tam rzucili, tak trochę z braku laku.
    Ale ekipa nowego Durszlaka pracuje pełną parą i mogą przebić ofertę Miksera.
    Ja na pewno tam też będę, chociażby dlatego, żeby wiedzieć co się dzieje - na ile będę aktywna? też nie przewiduję.

    Ja już na szczęście mogę sobie powiedzieć, że znam swoje priorytety blogowe.
    I na pewno nie będę obskakiwać dziesiątków miejsc, żeby tylko zaistnieć.

    Bardzo mnie cieszą te nasze kontakty, fakt pisania, no a przede wszystkim chęć zabawy w kuchni.
    Obok codziennych obowiązków rodzinnych w tym zakresie, właśnie tej zabawy mi potrzeba.

    Natomiast wracając do wyjazdu - to, co napisałam jest oczywiście moją subiektywną oceną.
    Dotyczy tego najniższego poziomu żywieniowego, najtańszego, ale równocześnie najbardziej popularnego.
    I tak jak pisałam, nie dotyczy wszystkich lokali.

    Pozdrawiam Was serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dokladnie tak Pelu! I ja nie jestem (niestety?) osoba 'obskakujaca' pewne miejsca tylko na pokaz. No ale wiadomo - kazdy lubi co innego ;)

    Ciesze sie, ze juz 'jestes' :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Beo - cieszą mnie ogromnie Twoje odwiedziny na moim blogu i bardzo dziękuję za wszystkie komentarze.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń