środa, 23 marca 2011

...westchnął seler... czyli moja kobieca sałatka

Co prawda ten seler westchnął z innego powodu, niż jego literacki bulwiasty kolega ze znanego wierszyka.
Powodem była jego samotność w damskim towarzystwie kobiecej sałatki.
Kobieca sałatka to zadanie z ostatniego Zaproszenia barowego, związanego z marcowym Dniem Kobiet.
Oczywiście wszystko miało być inaczej.
Zaplanowałam sałatkę owocową z ziarenkami granatu w roli głównej.
Mogłam sobie planować, a wyszło jak zwykle.
Jakieś licho usilnie stara się popsuć mi szyki, szczególnie w trakcie moich własnych akcji kulinarnych. Tu licho miało dwa w jednym, bo również przedwiosenne zupy, więc sobie nie żałowało. 
Szczególnie wredny i paskudny wirus zaatakował... reszta jest wiadoma.
Kiedy byłam w stanie cokolwiek zrobić, a nawet zjeść,  musiałam dokonać całkowitej korekty planów.
O spacerach do sklepów z potrzebnymi owocami nie było mowy, a w sklepiku na przeciwko też wszystkiego nie kupię.
I żadnego rodzaju sałaty  akurat nie było, nawet tej najzwyklejszej...
W ten sposób powstała sałatka z tego co znalazło się w szafkach i w lodówce.
Zrobiłyśmy sobie z córką (też poszkodowaną wirusem) damskie jedzonko, tylko na nasz smak (akurat pod nieobecność naszych mężów).
A sałatka jest prawdziwie kobieca również ze względów leksykalnych - główne bohaterki rodzaju żeńskiego: pierś (kurczakowa), kukurydza, żurawina, czerwona cebula,  rzodkiewka dała kiełki, a pietruszka natkę. Nawet oliwa dołączyła do towarzystwa.
Jedyny męski dodatek to seler naciowy.

Składniki:
- pierś kurczaka
- kukurydza z puszki
- 1/2 czerwonej cebuli
- garść suszonej żurawiny
- kiełki rzodkiewki
- natka pietruszki
- kilka gałązek selera naciowego
- przyprawy: papryka słodka, chili, cynamon, pieprz ziołowy
- oliwa

Mięso pokroić w paseczki, posypać mieszanką przypraw, odstawić na ok. 1 godzinę.
Później usmażyć na oliwie, osączyć na papierowym ręczniku.
Cebulę pokroić w piórka i wymieszać z kilkoma łyżkami oliwy.
Selera potraktować w dowolny sposób - ja pokroić w dość cienkie paseczki.
Teraz pozostaje już tylko połączyć wszystkie składniki w misce  i wymieszać z cebulową oliwą.


A na końcu dodać natkę pietruszki - ja co prawda ją posiekałam, ale ładniej prezentują się listki w całości.

niedziela, 13 marca 2011

Rosołek z naleśnikami

Od dawna miałam zamiar wypróbować ten sposób podania rosołu.
Bardziej pasuje do niego określenie "rosołek", bo to jest lekka - drobiowa  wersja tej zupy.
Przedwiosenna i niedzielna zarazem...
Będzie jeszcze bardziej lekka, jeśli ugotujemy ją bez kurczaka, czyli bulion warzywny.
Zawsze jemy rosół z makaronem i taki najbardziej lubimy, ale czasami można skusić się na jakąś odmianę,
To inspiracja tylko wzrokowa, z samego zdjęcia, ponieważ nic nowego w samej zupie, czy w naleśnikach tu nie ma.
Oczywiście moje naleśniki w rosole wyglądały zupełnie inaczej niż na zdjęciu w książeczce (natychmiast się rozwinęły), ale to mnie już nie dziwi. Na szczęście się uodporniłam na porównania mojej kuchennej rzeczywistości z magią profesjonalnych sesji fotograficznych.

Zupę gotuję według swojego podstawowego przepisu, który dawno temu podawałam na starym blogu w wersji bogatszej, czyli wołowo-drobiowej i z suszonymi grzybami. 
Teraz to wersja drobiowa.

Składniki na rosół:
- 1/2  kurczaka
- włoszczyzna: 4 marchewki, pietruszka, plaster selera, por
- 1 cebula
- ćwiartka małej główki kapusty włoskiej
- przyprawy: liść laurowy, kilka ziarenek pieprzu i ziela angielskiego, sól, kostka rosołowa, przyprawa Maggi w płynie,  gałązka lubczyku

- posiekana natka pietruszki

Umytego i dokładnie oczyszczonego kurczaka zalać zimną wodą, gotować 1/2 godziny na małym ogniu (po zagotowaniu zebrać szumowiny).
Kapustę opłukać i w osobnym naczyniu zalać na chwilę wrzącą wodą, odcedzić.
Cebulę w łupince nadziać na widelec i upiec na blasze lub płytce  (uważać, żeby nie spalić całkowicie).

Warzywa obrać i pokroić w słupki.
Do garnka  dołożyć  włoszczyznę, kapustę i obraną z łupin cebulę oraz  dodać  wszystkie przyprawy.
Gotować następne 1/2 godziny.


Naleśniki:
- 3/4 szklanki mleka (wymieszanego pół na pół z wodą)
- 1/2 szklanki mąki
- 1 jajko
- sól, pieprz, gałka muszkatołowa
- olej do smażenia
Mleko wymieszać z jajkiem oraz mąką, doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową.
Usmażyć naleśniki, mocno je zrolować i pokroić w plastry.

Na talerzach ułożyć po kilka naleśnikowych ruloników, nalać zupę (razem z włoszczyzną), posypać natką pietruszki.


piątek, 11 marca 2011

Zupa rybna po chińsku


Od czasu, gdy wprowadziły się na stałe do mojej kuchni smaki z różnych stron świata, zdarzają się sytuacje pewnego pomieszania. 
Jak się ma piątkowy obiad postny  w polskim przedwiośniu do chińskiej zupy rybnej gotowanej na chińskim bulionie drobiowym?
Ano, ma się zupełnie dobrze i dobrze smakuje - przynajmniej dla mnie.
Nie jestem aż taką konserwatystką kuchenną, żeby nie dopuścić nawet śladu mięsnego do piątkowej potrawy.

Co prawda, słuchając dzisiaj felietonu P.Adamczewskiego akurat o kuchni chińskiej, musiałam bardzo się postarać, aby nie myśleć.
Nie myśleć o szczegółach pozyskiwania mięsa na targu chińskim, odbywającego się na oczach potencjalnych klientów.
Nie wiem, czy udałoby mi się przyjąć chiński sposób myślenia o zwierzętach jak o rzeczach.
Podobnie staram się nie myśleć o wcześniejszym losie ryb, ani o sposobach wielkoprzemysłowej uprawy roślin, ani przeróbki żywności - gdybym zbytnio o tym myślała pewnie umarłabym z głodu i pragnienia (nie mając nawet zaufania do wody).

Dzisiejszą propozycję dodaję do dwóch akcji:
Przepis pochodzi z książki K.Pospieszyńskiej "Kuchnia chińska" 1990 r.

Składniki:
- 30 dkg filetów dorsza
- 1,5 łyżeczki soli
- 1 łyżka mąki ziemniaczanej
- białko jajka
- 2 cebulki dymki
- 4 łyżki octu (6%)
- 1 łyżka sosu sojowego
- 1 łyżka wódki wyborowej
- 1/4 łyżeczki pieprzu
- 3/4 - 1 litr chińskiego bulionu drobiowego
- 1/2 kostki rosołowej (kurzej)

Rybę pokroić  na kawałki (5x2,5 cm), wymieszać z solą i mąką ziemniaczaną, odstawić na 15 minut, potem wymieszać z białkiem.
Cebulki drobno posiekać.
Wymieszać w misce ocet, sos sojowy i pieprz.
Bulion wlać do rondla, doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć płomień - wkładać rybę po kawałku, zagotować.
Wlać ocet  z innymi składnikami, dodać rozkruszoną kostkę rosołową, ostrożnie zamieszać - gotować przez 2 minuty na bardzo małym ogniu.
Zupę nalać do miseczek, posypać dymką.
Dzięki dodatkowi mąki ziemniaczanej zupa ma ten charakterystyczny kleisty smak - pycha...

Uważny czytelnik znajdzie w opisie  jeden element, który pozostał bez przydziału - tak jak w starych dowcipach o rozkładaniu zegarka, roweru,  samochodu, motocykla itd. na części i ponownym ich składaniu.
To łyżka wódki  podana w składnikach.
W przepisie nie ma ani słowa, co  z nią zrobić.
Dla początkującego w kuchni chińskiej domowego amatora (bez wcześniejszych doświadczeń z tymi przepisami) pierwsza myśl najlepsza: "co z tą łyżką wódki? - ... wypić!"

czwartek, 10 marca 2011

Zupa grzybowa pod pokrywką z ciasta


Moja zupa grzybowa, ta najbardziej tradycyjna - z grzybów suszonych, pojawia się u nas przede wszystkim na Wigilię. 
W ciągu roku gotuję ją rzadko, 2-3 razy.
Zawsze  jest to zupa z makaronem - wigilijna z łazankami.
Teraz zrobiłam inną wersję podania tej zupy.

To smakowite połączenie zawiesistej zupy o zimowym charakterze z wiosenną lekkością  ciasta francuskiego.
A więc?... odpowiednia zupa na przedwiośnie...


Składniki:
- 5 dkg suszonych grzybów
- 3/4 l rosołu (z kostki)
- 1 cebula
- 3 łyżki masła
- 2  czubate łyżki mąki pszennej
- 4 łyżki śmietanki
- 1 żółtko
- sól, biały pieprz
- posiekana natka pietruszki
- mrożone ciasto francuskie

Umyte grzyby moczyć w niewielkiej ilości letniej, przegotowanej wody przez 2-3 godziny.
Potem ugotować do miękkości w tej samej wodzie (nie solić).
Wyjąć z wywaru, lekko ostudzić, pokroić w dowolne kształty (kostkę, paski).
W garnku rozgrzać masło.
Cebulę pokroić w kostkę i chwilę przesmażyć na maśle. 
Dodać grzyby, wodę od ich gotowania  i ciepły rosół.
Gotować kilka minut, mieszając kilka razy - przyprawić solą i białym pieprzem.
Mąkę wymieszać z kilkoma łyżkami zimnej wody, dodać śmietankę - wymieszać.
Dolać trochę gorącej zupy i dokładnie wymieszać.
Wlać do garnka i mieszając zagotować.

Ciasto rozmrozić, wyciąć kawałki większe o 2 cm od otworu naczynia, w którym będzie zapiekana zupa.
Wlać zupę do kokilek, posypać natką - posmarować żółtkiem  brzegi kokilek i wierzch ciasta.
Ułożyć kawałki ciasta na kokilkach, docisnąć do brzegów.
Zapiekać w piekarniku w temperaturze 220 C do czasu zrumienienia się ciasta - w zależności od wydajności piekarnika ok. 10-20 minut.



 

środa, 9 marca 2011

Polski post współczesny

Nie chodzi tu o posta na blogu, ale o post związany z wyznawaną religią.
Z góry zastrzegam, że piszę tylko o swoich obserwacjach z punktu widzenia kuchni i nie chcę tu podejmować żadnych poważnych, naukowo-światopoglądowych dyskusji (z koniecznością opowiadania się po którejś ze stron).
Dałam tę uwagę dlatego, że nie uznaję publicznych pyskówek, awantur i wzajemnego obrażania się, jakie się pojawiają prawie zawsze przy tematach dotyczących religii i Kościoła w Polsce.
Po prostu nie wchodzę w to...

Zawsze przy okazji takich szczególnych dni w kalendarzu jak dzisiejszy, czyli Środa Popielcowa, zastanawiam się na tym: jaki wymiar ma post, w jakim stopniu jest przestrzegany, z jakich pobudek pościmy, co jest dzisiaj uznawane za potrawę postną?
Nie mam zamiaru rozpisywać się teraz szeroko na temat postu, ograniczam się tylko do aspektu żywieniowego.
Patrząc na obecne bardzo luźne i swobodne podejście do religii, na wybiórczą religijność - można chyba wysnuć wniosek, że  przestrzeganie postu to głównie sprawa zwyczajowa, kulturowa, tradycyjna, a nie religijna.
Dla niektórych post w piątek, to po prostu dobry pretekst do zjedzenia tego dnia ryby, potraw bezmięsnych.
Dla kogoś, kto sporadycznie chodzi do kościoła,  postna Wigilia to tylko tradycja i zwyczaj.
To kolejna spuścizna powojennych lat budowania socjalizmu, czasy przed II wojną światową jednak były pod tym względem inne. Wpływ kalendarza liturgicznego na całe życie Polaków był o wiele silniejszy, dotyczyło to oczywiście również kuchni.

Ciągle zaglądam do mojej ulubionej (przedwojennej)  babcinej książki Marii Ochorowicz-Monatowej "Uniwersalna książka kucharska" i jeszcze nieraz ją tutaj zacytuję.
To dla mnie cudowna lektura ... i nie tylko, to także źródło przepisów do wykorzystania.

Tym razem wybrałam propozycje autorki na obiady postne, a ponieważ jeszcze jest kalendarzowa zima są to obiady zimowe.
Swoją droga zawsze zachwycają mnie i moją córkę (kiedy razem przeglądamy książkę) te wszystkie uwagi o dysponowaniu służbą, o organizacji przyjęcia, o potrawach skromnych i wykwintnych.
Cały czas nie wiem, co autorka "miała na myśli" używając określenia "Obiady gospodarskie".
Czy chodzi tu o obiady takie na co dzień, bez zaproszonych gości, czyli tylko dla samych gospodarzy domu?

Propozycje postnych obiadów są ujęte w dwóch kategoriach.
Obiady postne skromne:
1. Zupa z bułek (Panade), Fasolka na kwaśno, Kluseczki zapiekane z serem.
2. Barszcz zabielany. Szczupak w sosie chrzanowym. Naleśniki ze słodką kapustą.
3. Zupa kartoflana czysta. Jarmuż z jajami. Kasza hreczana z serem.
4. Zupa grochowa. Śledzie marynowane z sałatą. Kluski alzackie.

Obiady postne o czterech daniach.
1. Zupa rybna. Lin duszony po węgiersku. Salsefia i bulwy. Pierożki drożdżowe z konfiturami.
2. Zupa z bułek (Panade). Omlet z pomidorami. Krokiety z kartofli, sos grzybowy. Legumina sago z sokiem.
3. Barszcz zabielany z jajami. Sandacz po włosku. Jarmuż z kasztanami. Strudel z jabłkami.
4. Zupa grzybowa ze śmietaną. Wyzina z masłem sardelowem. Kotlety z suszonych grzybków. Budyń palący się z rumem.

Sama byłam ciekawa, co to jest wyzina - pierwszy raz w ogóle spotkałam taka nazwę.
Cytuję  autorkę:
"wyzina jest to ryba solona i suszona, która przed użyciem trzeba wymoczyć przez dobę w zimnej wodzie, poczem pokrajać w plasterki i gotować przez godzinę jak każdą inną rybę w smaku z jarzyn,  cebuli i korzeni, a potem włożyć jeszcze na chwilę do sosu chrzanowego ze śmietaną i razem poddusić".

To charakterystyczny dla Monatowej sposób pisania. Bardzo często cały przepis jest podany w formie jednego zdania.
W książce nie ma rysunku tej ryby, dodatkowa wskazówka - przepis jest w kategorii "Ryby rzeczne i stawowe".

 

U mnie tradycyjnie na obiad będą dzisiaj Śledzie w śmietanie
według przedwojennego przepisu mojej babci, podane z ziemniakami w mundurkach.
Jedyną zmianą będzie dodanie jogurtu i zmniejszenie ilości śmietany. Od czasu, gdy mam maszynę parową, nazywana u nas w domu "parawarką", gotowanie ziemniaków w mundurkach polega tylko na dokładnym ich wyszorowaniu.

I zupa grzybowa, podana w innej formie niż dotychczas (przepis jutro).



poniedziałek, 7 marca 2011

Zupa na początek

Kilka dni przed rozpoczęciem  akcji, w  naszych durszlakowych pogaduszkach  o zupach  pojawił się link z ciekawą propozycją zupy z porów i łososia.
Zajrzałam od razu do niego, niestety była to strona angielska, a ja z angielskim na bakier.
Jeszcze tego samego dnia, przeglądając przepisy do wybrania, trafiłam na ten właśnie - i jak tu nie mówić o dziwnych zbiegach okoliczności?
Co prawda nie jestem w stanie porównać obu przepisów, bo nie zapisałam tego linka, ale tak mi się zdaje, że są bardzo podobne.
Zacznę więc od tej zupy, bo chyba było jej przeznaczone.

"Zupa z porów z łososiem"

- 2 pory (ok. 1/2 kg)
- 8 ziemniaków
- 2 łyżki masła
- 1 l bulionu warzywnego
- 1/2 szklanki śmietany
- 1 łyżka posiekanego szczypiorku
- sok z 1/2 cytryny
- 25 dkg wędzonego łososia
- sól, pieprz
- koperek do dekoracji

Pory umyć, osuszyć, pokroić w krążki.
Ziemniaki umyć, obrać i pokroić w małą kostkę.
Masło rozpuścić w garnku, włożyć do niego pory i ziemniaki.
Doprawić solą oraz pieprzem.
Smażyć przez chwilę.
Następnie wlać bulion, doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ogień i gotować ok. 20 minut.
Gdy zupa będzie gotowa, wyjąć ok. 1/3 warzyw, a pozostałą część zmiksować.

Do zupy dodać śmietanę (wcześniej ją rozprowadzić w miseczce z niewielką ilością zupy, żeby się nie zważyła) i koperek, włożyć wyjęte warzywa.

Doprowadzić ponownie do wrzenia, często mieszając.
Doprawić solą, pieprzem i sokiem z cytryny.
Łososia pokroić w cienkie paski, które kładziemy do zupy na talerzach.
Udekorować koperkiem.

Dla mnie  pycha... 

Źródło przepisu:  "Claudia. Kuchnia ekspresowa" 7/2009



niedziela, 6 marca 2011

Sałatka przełomowa

Zgodnie z tytułem aktualnego Zaproszenia do sałatkowego barku zaczęłam od zrobienia sosu.
Spośród trzech sosów tej edycji  wybrałam 
Sos musztardowy
Składniki:
- 1 czerwona cebula
- 2 łyżeczki musztardy (sarepskiej)
- 1 ząbek czosnku
- 4 łyżki octu balsamico (z czerwonego wina)
- 8 łyżek oleju
- sól, pieprz

Cebulę posiekać bardzo drobno, czosnek zmiażdżyć.
Musztardę utrzeć z octem.
Dodać cebulę i czosnek.
Zalać olejem, wymieszać.
Doprawić solą i pieprzem.

Sos ma ciemny kolor  ze względu na ocet, który jest ciemnobrązowy).

Niby teoretycznie wiedziałam do jakiego rodzaju sałatki ten właśnie sos będzie pasował (z mięsem, z wędliną), ale jednak wolałam to sprawdzić  na konkretach.
Zrobiłam sos, uruchomiłam swoje kubki smakowe i postanowiłam zrobić sałatkę z zieloną fasolką i  smażonym boczkiem w rolach głównych.

Składniki sałatki:
- 1 opakowanie mrożonej fasolki szparagowej
- 20 dkg wędzonego boczku
- 3 jajka
- 1 gruszka
- posiekana natka pietruszki

Fasolkę ugotowałam na parze - tak gotuję dużo potraw. To szybki, bardzo wygodny sposób - nie mówiąc już o walorach zdrowotnych takiego gotowania.
Boczek pokroiłam na cienkie paski, wysmażyłam na patelni, wyłożyłam łyżką cedzakową na papierowy ręcznik.
Jajka ugotowałam na półmiękko.
Obraną gruszkę pokroiłam na kawałki różnych kształtów.
Na talerzach rozłożyłam wystudzoną fasolkę, kawałki gruszki, jajka pokrojone na ćwiartki - posypałam natką pietruszki.



Dodałam paseczki boczku i polałam sosem.




 

Sałatkę zjedliśmy z grzankami z chleba pszennego, do których szybko zrobiłam masło koperkowe.


A dlaczego taka nazwa sałatki?
Nazwałam sałatkę "przełomowa", bo  jest dla mnie ilustracją przełomów pór roku.
Boczek - synonim kaloryczności zimowej, jajka - zapowiedź Wielkanocy, zielona fasolka i natka pietruszki - to symbole wiosennej lekkości na talerzu, a słodka gruszka - pełnia sierpniowego lata...
Dodatkowo jest to pewien przełom dla mojego M. przyzwyczajonego do faktu, że sałatka to coś drobno pokrojonego w kostkę i dokładnie wymieszanego z majonezem.
Nie jest zbytnio przekonany do sałatek w innej formie przestrzennej - dlatego powiedział: "Dziwne..."

sobota, 5 marca 2011

Wieprzowina z grzybami

Dzisiaj wpis krótki, bez dodatkowych dygresji, wspomnień i innych myślowych meandrów - po prostu przepis na pyszne jedzenie, w ramach akcji "ZWidelcem po Azji".

Składniki:
 -50 dkg sznyclówki wieprzowej
- 50 dkg pieczarek
- 4 łyżki oleju sojowego
- 2 łyżki oleju sezamowego
- 5 łyżek sherry amontillado
- 2 łyżeczki cukru
- 1/2 łyżeczki soli
- 6 łyżek sosu sojowego

Mięso pokroić w 2 cm kostkę.
Pieczarki  obrać - ja zawsze obieram ze skórki!.
Jeśli natomiast należycie do frakcji nieobierającej, oczywiście można tę czynność pominąć.
Odciąć trzonki - małe pieczarki pozostawić w całości -  ja kupiłam duże rozmiary, więc pokroiłam.
Olej sojowy mocno rozgrzać na woku i podsmażyć na nim kostki mięsa.
Dodać olej sezamowy i przez chwilę smażyć dalej.
Do mięsa dodać sherry, sól oraz cukier i stale mieszając, smażyć dalej.
Następnie wmieszać sos sojowy i znów smażyć przez chwilę, aż sos zostanie wchłonięty przez mięso.
Dodać pieczarki i stale mieszając smażyć razem 5 minut.
Podawać na gorąco.
U nas , jak w starym dowcipie "znowu ten ryyyyż!", czyli z ryżem gotowanym na parze

Źródło przepisu:"Kuchnia chińska" R.Buttner, Qiu Chengzhong 1995 r.

Edycja posta 6.03. - tak sobie patrzę na te moje ostatnie zdjęcia i nie widzę wielkiej poprawy technicznej.
Nadal są marnej jakości, ciemne, zimne, no w ogóle do chrzanu.
Jednak mniej się tym przejmuję niż na początku swojego blogowania - robię te zdjęcia tylko jako ilustrację przyrządzonej potrawy, bezpośrednio przed jedzeniem, no i najczęściej jest to późnym popołudniem lub wieczorem, przy świetle mało przypominającym atelier fotograficzne.

piątek, 4 marca 2011

Smażona ryba po syczuańsku

Pyszna wersja ryby,  łatwa do zrobienia i nie zajmuje dużo czasu. 
Jak zwykle przy tego typu potrawach najwięcej potrzeba czasu na przygotowanie składników, a potem to już raz dwa i gotowe... Im więcej takich azjatyckich pyszności robimy, tym szybciej i sprawniej idzie nam w kuchni z każdą następną.
Składniki trzeba przygotować wszystkie od razu, bo w trakcie już nie będzie czasu na spokojne czynności typu:  "posiekam w czasie, kiedy się będzie smażyło".
Przepis dodaję do akcji "Z Widelcem po Azji"

Składniki:
- 40 dkg twardych filetów z białej ryby (dorsz, turbot, halibut bez skórki)
- 1 łyżeczka soli
- mąka kukurydziana do posypania
- 150 ml oleju z orzeszków ziemnych
- 3 dymki pokrojone ukośnie  (kawałki 5 cm)
- 1 łyżka drobno posiekanego czosnku
- 2 łyżeczki drobno posiekanego korzenia imbiru

Sos:
- 1 łyżeczka żółtego sosu fasolowego (nie miałam)
- 1 łyżka sosu fasolowego z chili (również brak)
- 2 łyżki wina ryżowego lub wytrawnego sherry
- 2 łyżeczki ciemnego sosu sojowego
- 2 łyżeczki cukru
- 2 łyżeczki oleju sezamowego
- sól, biały pieprz
 
Posypać filety z obu stron solą i pociąć na paski (6x2,5cm), pozostawić na 20 minut.
Obtoczyć kawałki ryby w mące kukurydzianej.
Rozgrzać wok na dużym ogniu - dodać olej.
Kiedy tłuszcz będzie tak gorący, że zacznie dymić, zmniejszyć ogień.
Smażyć kawałki ryby po obu stronach, aż zbrązowieją.
Wyjąć je z woka i odsączyć na papierowym ręczniku.
Odlać większość oleju z woka, zostawiając w nim tylko łyżkę tłuszczu.
Rozgrzać ponownie wok, wrzucić dymkę, czosnek oraz imbir i smażyć 30 sekund mieszając.
Dodać składniki sosu i zagotować.
Zmniejszyć ogień i włożyć rybę z powrotem do woka, gotować 2-3 minuty na wolnym ogniu.
Nam smakuje z ryżem gotowanym na parze

Źródło przepisu: Ken Hom "Łatwa kuchnia chińska"


czwartek, 3 marca 2011

Bezpączkowo

Tłusty czwartek już prawie minął  - u mnie w tym roku bezpączkowo.
Po raz pierwszy od ... nie pamiętam kiedy.
Ja sama nigdy nie robiłam pączków - z powodów o których już wielokrotnie pisałam, czyli niechęci do zagniatania ciasta.
Mogłam jednak kupić - dzisiaj mijałam co najmniej kilkanaście takich miejsc, kuszących w dodatku karteczkami różnej maści przyklejonymi na szybach, typu "Tłusty czwartek - pączki tylko ...zł".
Od pewnego czasu nie mam jakoś ochoty na te "kupne" pączki.
Po pierwsze są one coraz większych rozmiarów.
Ja pamiętam z dzieciństwa pączki mniejsze, które mieściły się w naszym dziecięcym zgryzie.
Teraz wydaje mi się chwilami, że przydałaby się wielka paszczęka jak u tygrysa syberyjskiego, żeby móc zaliczyć pierwszego gryza.
To zresztą dotyczy również innych ciastek - ptysie są już wysokości piramid egipskich, a wuzetki wielkości małych torcików.
Kiedyś ciastko w cukierni było ciastkiem, a nie wielkim ciachem - za wielkim do zjedzenia "na miejscu" (bez przyrządów typu łyżeczka).
A mini- ciasteczka, czyli miniaturki ciastek z pewnej słynnej cukierni warszawskiej? Można było spróbować jednorazowo kilku takich ciasteczek, a przy jedzeniu dzisiejszych ciastek pod koniec jednego mam już dość.
Z asortymentu cukierniczego zniknęły niestety niektóre ulubione nasze ciastka, takie jak na przykład tortowe, ponczowe i pewnie jeszcze kilka innych.
Coraz mniej jest małych cukierni, które będąc w prywatnych rękach, ostały się przez dziesięciolecia wszelkim przeciwnościom w PRL-u, a padły w dobie drapieżnego kapitalizmu.
Tak właśnie niedawno przestała istnieć pewna cukiernia, którą pamiętam jeszcze z czasów podstawówki.

Chodziłyśmy tam na ciastka po lekcjach - ciastka na miejscu jadło się przy białym metalowym stoliku z marmurowym blatem, siedząc na równie białym krzesełku o fikuśnych kształtach. 


Ale wracam do tematu głównego - drugim powodem rezygnacji z kupowania obecnych pączków jest opakowanie.
Odrzuca mnie, kiedy te wielkie, nadmiernie puchate pączki oblane lukrem wpycha się do torebki foliowej. Jakby nie trzymać taką torebkę, w domu wyciągniemy z niej plaskate zaparzone gnieciuchy z rozdyźdaną polewą.
Czasami wykłócam się z ekspedientką o torebką papierową, bo wiem, że mają takie torebki, ale najpierw wciskają klientowi foliówkę.

Nie zrobiłam, nie kupiłam, więc nie jadłam...

środa, 2 marca 2011

Kantońska zupa z jajkiem

"Tę łatwą do zrobienia zupę można zamówić w większości chińskich restauracji...
Pływające na wierzchu lekko roztrzepane jajko przypomina lilie w stawie.
Aby osiągnąć taki efekt należy wlać jajko powoli do zupy, tak aby powstały nitki. Jeśli wlejemy je zbyt szybko, zbije się w grudki...
Najważniejszy jest wywar, który stanowi podstawę zupy"
tak pisze Ken Hom  w książce "Łatwa kuchnia chińska" o tej zupie.
Jest to przepis naprawdę ekspresowy - jak czytamy w oznaczeniu : czas przygotowania: 5 minut, gotowanie: 5 minut.
Trzeba natomiast nie zapomnieć wyjąć bulion odpowiednio wcześniej  z zamrażalnika.
Od czasu, gdy zasmakowałam w kuchni chińskiej nie mogę się nasycić tymi zupami - a są przecież zupełnie inne od naszych polskich.

Składniki:
- 1 lekko roztrzepane jajko
-  2 łyżeczki oleju sezamowego
- 1,2 l chińskiego bulionu drobiowego
- 1 łyżeczka cukru
- 1 łyżeczka soli
- 1 łyżka jasnego sosu sojowego
- 3 łyżki  białej części dymki pokrojonej w cienkie paseczki
- 3 łyżki posiekanej zielonej części dymki, do posypania


Wlać jajko i olej sezamowy do miseczki, wymieszać widelcem i odstawić.
Bulion zagotować na wolnym ogniu.
Dodać sól, cukier, sos sojowy i dokładnie wymieszać.
Dodać biała część dymki.
Wlewać powoli jajko z olejem - za pomocą dużych pałeczek lub widelca mieszać ruchem przypominającym ósemkę.
W miseczkach posypać zupę zieloną częścią dymki.


Zupa jest naprawdę lekka w smaku i jest świetnym uzupełnieniem dania głównego.
Dodaję ją do akcji "Z Widelcem po Azji"

wtorek, 1 marca 2011

"Przedwiośnie... i jaka zupa?" - druga edycja

Zaczął się nowy miesiąc - miesiąc przełomów pór roku.
Mimo trzymającego się twardo mrozu, mimo resztek brudnego śniegu -  słońce już inaczej przygrzewa, dzień jest coraz dłuższy.
W telewizorku straszą  jeszcze opadami śniegu, ale przed moim blokiem od kilku dni wydziera się jakiś nowy ptak.
Już nie prawdziwa zima, a jeszcze nie ciepła wiosna - to przedwiośnie.

Dawno nie mieszaliśmy razem w garnkach z zupą, a więc....


Zapraszam  w dniach od 7 do 20 marca 2011 roku do udziału w akcji

"Przedwiośnie... i jaka zupa?"




Pozwolę sobie wykorzystać tutaj fragment mojego ubiegłorocznego zaproszenia:
"To okres przedwiosenny w naszej kuchni - słowo "przednówek" rzadko jest dziś używane, bo bardziej określało sytuacje ekonomiczną.
A jednak jest teraz swego rodzaju przednówek warzywny - w rozumieniu mniejszej wartości dostępnych warzyw i uboższej ich rozmaitości.
Polskie owoce i warzywa surowe to zbiory jesienne, przechowane przez zimę  -z każdym miesiącem tracące na wartości.
Bogatsze od nich są mrożonki - jeśli możemy wierzyć informacjom producentów to warzywa zamrożone tuż po zbiorach.
I pozostają jeszcze najlepsze, bo nasze własne przetwory warzywne, które możemy wykorzystywać.
Bo do świeżych, młodych , nowalijek jeszcze trochę trzeba poczekać."



Proponuję , aby ta akcja miała charakter premierowy - wybierzmy do niej nowe (dla nas) przepisy. To okazja do lektury, przeglądania książek kucharskich (mnie to się chyba nigdy nie znudzi) i oczywiście okazja do testowania przepisów w praktyce.
Ugotujmy po raz pierwszy  takie zupy, które najbardziej będą pasowały do obecnych warunków pogodowych - tutaj biorę jako podstawę klimat na terenie Polski.

Niech udział w tej zabawie zaowocuje  nowymi smakami na talerzach - nie na zasadzie "a ja na przedwiośniu zawsze gotuję ....".
Zresztą, obawiam się, że to słowo już bardzo słabo funkcjonuje w naszym języku - pomijając Żeromskiego, jego twórcę.


Zasady zabawy są proste  :
1. W czasie jej trwania publikujemy na swoich blogach nowe tematyczne wpisy ( archiwalnych nie dodajemy).
2. W akcji biorą udział posty oznaczone banerkiem zabawy lub aktywnym linkiem do tego Zaproszenia.

3. Linki do wpisów na Waszych blogach możecie umieszczać w komentarzach pod tym postem lub przesyłać do mnie na adres: pel.1@(wytnij to) gazeta.pl

Tutaj można zajrzeć do podsumowania ubiegłorocznej zabawy. 
Mam nadzieję, że kilka chętnych osób się znajdzie (mimo przeszkód wszelakich).


Kod do banera akcji