poniedziałek, 30 maja 2011

Granatowy chłodnik

Jak widać na zdjęciu poniżej  nie chodzi o granatowy  kolor chłodnika, ale o dodatek soczystych ziarenek owocu.
Ostatnie dni majowe są tak upalne, że już pora wyciągnąć chłodniki z zimowego snu.
Wcześniej jakoś nie myślałam, żeby szukać chłodnika w  kuchni żydowskiej, a jednak...
Teraz przy okazji Festiwalu znalazłam ten przepis.

Chłodnik z granatem

 


Składniki:
- 1 litr jogurtu naturalnego
- 1 owoc granatu
- połowa  długiego ogórka  z miękką skórą
- 1 cebula
- 2 buraczki
- kilka  rzodkiewek
- sok z połówki cytryny
- orzechy włoskie
- płatki migdałowe
- przyprawy: sól, goździk, ziele angielskie, liść laurowy

Obrać buraczki, pokroić w kostkę i ugotować w małej ilości wody z solą i  przyprawami.
Odstawić do ostudzenia, odcedzić.
Trochę wywaru zachować do zrobienia lodzików.
Rzodkiewki pokroić w plastry, cebulkę drobno posiekać, granat obrać i oddzielić.
Ogórka dobrze umyć (jeśli ma miękką skórkę nie obierać), przekroić wzdłuż, wyciąć pestki i pokroić w kostkę. 



Wszystkie składniki zalać jogurtem, dodać sok z cytryny do smaku i wymieszać.
Wymieszaj delikatnie, żeby były widoczne  smugi jogurtu. 
Przełożyć do miseczek - posypać prażonymi migdałami, orzechami i ziarnami granatu.
Włożyć buraczkowe kostki lodu.

piątek, 27 maja 2011

Żydowskie Przy-Smaki cz.1

 XIII Festiwal Kultury Żydowskiej SIMCHA odbędzie się we Wrocławiu, w dniach 29.05 - 3.06.2011r.
Niestety, nie będę mogła uczestniczyć bezpośrednio w festiwalowych wydarzeniach, ze względu na odległość od mojego miejsca zamieszkania.
Mogę natomiast wziąć udział w akcji przygotowując w tym czasie potrawy kuchni żydowskiej.

Nie będę pisać o  szczegółach religijnych,  historycznych, czy obyczajowych, bo nie mam ku temu podstaw - moja wiedza jest zbyt mała.

Znam kuchnię żydowską tylko  z opisów książkowych i z  restauracji, o której już wspominałam  w poście "Kuchnia nieznana i znajome smaki".

Nie jest tak, że wszystko zawsze  mi smakuje.
Tak, jak w przypadku każdej innej kuchni, również tutaj zdarzyły mi się takie przypadki.
Ale na szczęście jak dotąd nieliczne, bo poza wszystkim bardzo nie lubię, gdy coś mi nie smakuje...

Po otrzymaniu zaproszenia do blogowego udziału w tym wydarzeniu, przejrzałam swoje wpisy  dotyczące kuchni żydowskiej i sama byłam zaskoczona, że jest  ich tak mało.
Zrobiłam więcej potraw niż opisałam i szukając przyczyny doszłam do wniosku, że niektóre z nich mogłabym zaliczyć do kategorii kuchni polsko-żydowskiej.
Spotkałam się z takim określeniem przy okazji podziału na główne kuchnie żydowskie.
Pewne potrawy znam od dawna, jadłam je jako dania  kuchni polskiej i dopiero teraz dowiedziałam się, że są równocześnie zaliczane do kuchni żydowskiej.
Jest to chyba najlepszy przykład nieustannego przenikania się kultur pod tym względem. 
To chociażby Śledź w śmietanie, Barszcz czerwony z fasolą, Ozorki wołowe w sosie chrzanowym, Surówka z kiszonego ogórka z cebulą,  Warzywa zasmażane - to tylko kilka takich potraw, które sama robiłam kilkakrotnie.
 


Jednak najbardziej popularna u nas, a tak bardzo żydowska jest Chałka - sprzedawana w każdej łódzkiej piekarni.
Ja sama kupuję ją przynajmniej raz na tydzień, a jej smak znam od zawsze.

Będąc w restauracji zawsze biję się z myślami, co wybrać? 
Coś nowego, czy coś znanego...

W czasie ostatniej wizyty jednaj zdecydowaliśmy się na nowe dla nas potrawy.
Mostek cielęcy faszerowany (z sosem śmietanowo-szpinakowo-pieczarkowym)
i Gęś pieczoną z sosem żydowskim - równie pysznym...

Bardzo trudno byłoby mi wyliczyć potrawy, charakterystyczne dla kuchni żydowskiej, które mi najbardziej smakują.
Na pewno w pierwszej kolejności ustawiłabym różne wersje śledzi solonych.
Następnie Pasztet z gęsi z żurawiną, Zupa grzybowa, Czulent i jeszcze dużo innych, bo jak pisałam wcześniej bardzo lubię te smaki...

A na jutro planuję na początek oczywiście śledzie.

czwartek, 26 maja 2011

Kompot z rabarbaru


W książeczce "Napoje domowe" nie ma ani jednego przepisu ze słowem kompot.
Sama byłam zaskoczona, ale to chyba kolejny przykład tworzenia nowej przyszłości socjalistycznej, tym razem na niwie słownictwa.
Są za to przepisy na napoje (zgodnie z tytułem) i oczywiście jest "Napój z rabarbaru", czyli nasz kompocik.
Zrobiłam go mniej więcej według tego przepisu, bo zmieniłam oczywiście proporcje.


Składniki:
- 30 dkg łodyg rabarbaru (nie wiem, ile dałam, bo nie chciało mi się ważyć)
- 1 łyżeczka mielonego cynamonu 9według mnie za dużo)
- cukier  ok. pół szklanki ( mniej lub więcej, w zależności, czy chcemy kompot słodki, czy mocno kwaśny)
- 3 szklanki wody (dałam więcej)
- skórka cytrynowa
- 1 łyżka nektaru z czarnej porzeczki (ja nie dałam)

Rabarbar umyć i pokroić - tutaj są dwie szkoły: obierania lub nie obierania.
Ja  spróbowałam obierania, okazało się, że to idzie błyskawicznie.

Zagotować wodę z cukrem, skórką cytrynową i cynamonem.

Do wrzątku wrzucić przygotowany rabarbar , zagotować (gotowałam kilka minut), odstawić, przykryć, a następnie przetrzeć przez gęste sito i oziębić.

Połączyć z nektarem z czarnych porzeczek (tego punktu nie zrealizowałam).
Dodać lodu konsumpcyjnego i podawać w szklaneczkach.
Rozbawił mnie bardzo  ten lód konsumpcyjny.
Chociaż to najprostszy sposób wykorzystania rabarbaru , dodaję ten przepis do akcji  "Ra-bar-bar!"


sobota, 21 maja 2011

Rekin w kuchni

A właściwie to jego część, czyli stek z rekina.
Leżały sobie te części w zamrażarce od czasu, kiedy mój M. miał krótką dukanową przygodę i czekały na coś.
Przyznaję, że tym razem wyobraźnia mnie zawiodła i zupełnie nie chciało mi się wymyślać sposobów przyrządzania rekina.
Szczególnie, że nigdy wcześniej tego nie robiłam, więc doświadczenia zero.
Pogrzebałam w durszlakowych przepisach i poszłam na łatwiznę - wybrałam najprostszą wersję znalezioną na blogu Ivon

Nic nie kombinowałam z przepisem ( podaję za Ivon):
Składniki:
- 4 steki z rekina /rozmrożone/
- 4 duże cebule
- 1 łyżka octu balsamicznego
- 1 łyżka soku z cytryny
- sól, pieprz czarny mielony, papryka mielona, chilli

Cebulę cienko pokroić i skropić octem balsamicznym.
Na cebuli ułożyć  steki (oprószone przyprawami i polane sokiem z cytryn)
Piec 30 minut w piekarniku w temperaturze 180 stopni. 


Nie wiem, jak smakuje...
To jedna z tych potraw, dla których mogłabym stworzyć osobną kategorię: "Robię, ale nigdy nie jem".
Macie takie sytuacje?
Ja mam kilka takich przypadków, kiedy nie spróbuję nawet tego, co przygotowałam dla mojego M.
Czasami mam takie blokady - w przypadku tego rekina to niechęć przed kompletnie nieznanym smakiem. 
A on spokojnie wszystko pożera...  tzn. mój M.... nie rekin.


 

czwartek, 19 maja 2011

Paścinka czyli pasta najprostsza

Nie byłabym w stanie podać nawet przybliżonej liczby zrobionych past jajecznych.
Ale mogę chyba spokojnie zaryzykować, że w ciagu moich lat kucharskich w kuchni to dziesiątki przechodzące w setki.
Zawsze jest to stała baza: jajka ugotowane na twardo, biały ser i majonez.
A do tego różne skromne dodatki w zależności od stanu posiadania.
Ta ostatnia wersja to też prościutka, ekspresowa pasta - taka sobie paścinka.
Nowość tej wersji polega na dodaniu czerwonej cebuli
Wcześniej nie dodawałam cebuli w ogóle, ale czerwona odmiana jest na tyle łagodna, że nie zagłusza smaku całości.
A więc jeszcze raz składniki, chociaż każdy sobie najlepiej sam reguluje proporcje:

- 1 jajko ugotowane na twardo
- trochę białego sera (chudego)
- połówka czerwonej cebuli
- 1 łyżka majonezu
- sól, pieprz ziołowy
- szczypiorek do posypania

Wcześniej moje pasty przypominały bardziej sałatki, bo nie chciało mi się ręcznie ucierać składników na gładką masę. Czasami używałam do tego celu mojego kręciołka z korbką.
Ostatnio jednak nabyłam miksującą nogę, czyli blender, więc mogę uzyskać masę o konsystencji pasty.


A pasta pysznie smakowała z chlebem domowego wypieku, z dodatkiem kiszonego ogórka na przegryzkę.


niedziela, 15 maja 2011

Zapomniane smaki...

Odnajdujemy je czasami na kartach starych książek kucharskich, w towarzystwie starych sposobów kucharskich i archaicznych  kuchennych sprzętów... trafiamy na ich ślad w utworach literackich...

Ja niezmiennie, co jakiś czas,  powracam do mojej ulubionej babcinej książki kucharskiej M.Ochorowicz.Monatowej "Uniwersalna książka kucharska".
Zaglądam do niej najczęściej dla samej przyjemności zanurzenia się w tamten miniony świat z jego specyficznym językiem, ale też korzystam z niektórych przepisów.


Przy okazji akcji  herbacianej zajrzałam do rozdziału  "Różne napoje zimne i gorące".
Jako pierwszy jest tam wpis pod tytułem "Herbata".

"Najlepsza herbata jest chińska, a obok niej angielska. Poza doborowym gatunkiem herbaty, na smak jej przedewszystkiem wpływa dobroć wody i umiejętne przyrządzenie.
Wodę na herbatę należy zagotować albo w samowarze, albo w specjalnym kociołku tylko do gotowania wody używanym. Po zagotowaniu wyparzyć porcelanowy biały czajnik, zasypać po pół łyżeczki w stosunku na jedną osobę herbaty i zalawszy małą ilością wody, postawić na parę minut na samowarze lub też na otworze czajnika, aby naciągnęła. Potem nalać kilka łyżeczek tej esencji do filiżanki lub szklanki i dopełnić gorącą wodą.
Do herbaty podaje się cukier, surową słodką śmietankę lub cytrynę i arak".

Wpis ilustrowany jest rysunkiem takie przydatnego  urządzenia - przydałoby się i dzisiaj, bo bardzo często nowe modele czajniczków mają głupio wyprofilowane dziubki i herbata leje się z nich na wszystkie strony.


Arak (napój alkoholowy o smaku anyżowym) - czyż to nie jest właśnie jeden z tych zapomnianych w Polsce, a dawnej popularnych smaków?
Dostępny oczywiście nie dla wszystkich:

"Nazajutrz (...) gruchnęła po wsi wieść, zgoła niepodobna do wiary, że wójta aresztowali za brak pieniędzy w kasie gminnej. (...)
- A mnie żal wójtowej! Biedna kobieta, panią se była i nos zadzierała, a teraz co! Chałupę wezmą, grunt przedadzą i na komorne pójść pójdzie chudzina, na wyrobek. I żeby se chociaż użyła!
- A mało to jeszcze wysmakowała dobrego! - wrzasnęła Kozłowa wtórując gorąco, jeno na drugi sposób - używały se ścierwy kieby jakie dziedzice. Co dnia jadły mięso! Wójtowa pół garczka cukru kładła se do kawy, a czysty harak pili szklankami! Widziałam, jak zwoził z miasta całe półkoszki przeróżnych przysmaków. A z czegóż to im brzuchy spęczniały, przecież nie z postu!(...)
                                                                                                           W.Reymont "Chłopi" t.IV "Lato"

Nazwa "arak"  wzbudziła co najmniej konsternację wśród obsługi stoisk monopolowych.
A mówiąc wprost -w odpowiedzi na moje pytanie: "czy jest w sprzedaży arak?" (po wcześniejszych bezowocnych poszukiwaniach na sklepowych półkach), osoby sprzedające miały dziwne miny, chyba pierwszy raz w życiu słyszały tę nazwę.
"Z braku laku" można arak zastąpić greckim ouzo ... akurat posiadam oryginalna grecką  buteleczkę, którą dostałam od mojej przyjaciółki.

A do czego teraz poszukiwałam araku w sklepie?
Otóż w rozdziale o herbacie,  we wspomnianej książce Monatowej, następny jest przepis na "Czaj".
Wszyscy z mojego pokolenia, którzy przymusowo mieli szkolny kontakt z językiem rosyjskim (niezależnie od poziomu uzyskanej sprawności) raczej rozumieją słowo "czaj" jako herbata ogólnie, a nie jako specjalny napar herbaciany z dodatkami.
A przepis mówi tak:
"Czaj - Jestto lekka herbata z arakiem z dodaniem do każdej szklanki plasterka ukrojonej surowej pomarańczy".
Jak to często bywa u Monatowej mamy tu ogólny rzut, bez precyzyjnych szczegółów.
Esencję zrobiłam z czarnej angielskiej herbaty  i na próbę dodałam połowę  małego kieliszka ouzo (bo araku nie kupiłam).
Na mój smak to ilość całkowicie wystarczająca na filiżankę bardzo rozgrzewającej herbaty (jak zawsze z dodatkiem alkoholu).


Przepis dodaję do akcji: Lubię herbatę! i Literatura na talerzu.

sobota, 14 maja 2011

Lubię herbatę!

To kulinarna akcja, w której niestety nie mogłam być bardziej aktywna.
Na pytanie: "czy lubię herbatę" mogę wykrzyknąć "Uwielbiam!".
Jakoś do tej pory nic na tym blogu o herbacie nie wspomniałam.
A przecież piję dziennie minimum kilka szklanek - tak właśnie...  szklanek.
Rzadziej w filiżance, natomiast nie uznaję herbaty w kubku (co teraz jest tak bardzo rozpowszechnione).
Moi dziadkowie używali na co dzień pięknych, przedwojennych koszyków do szklanek  - takich trochę w stylu carskiej Rosji.
W moim domu rodzinnym są również podobne koszyki, chociaż już o wiele skromniejsze.
Mam też  kilka w swoim gospodarstwie.

Jednak dzisiejszy wpis nie dotyczy herbaty do picia, ale trochę przewrotnie, herbaty jako przyprawy.
W tej chińskiej wersji jajek...

Jajka barwione w liściach herbaty - Cha Ye Dan (z Szanghaju)


Te jajka są przystawką. Można je  podać na jednym półmisku razem z innymi zimnymi przekąskami.

Składniki:
 - 6 jajek
- 1 łyżka soli
- 8 kawałków anyżu gwiazdkowatego
- 6 łyżek sosu sojowego
- 2 łyżeczki czarnej herbaty
- dodatkowo: zielony sos chili z limonką i kolendrą

Jajka gotować ok. 10 minut, po ugotowaniu odlać wodę i zahartować w zimnej wodzie.
Następnie ostrożnie poobijać jajka łyżeczką, tak aby na skorupce utworzyła się siatka.
Ponownie włożyć jajka do garnka, zalać wodą i dodać sól, anyż, sos sojowy i liście herbaty.
Wszystko zagotować na dużym ogniu, potem garnek przykryć i dalej gotować na małym ogniu 1,5 do 2 godzin.
W miarę potrzeb dolewać wodę, aby jajka były dokładnie zakryte.
Po ugotowaniu pozostawić jajka w wywarze co najmniej 8 godzin ( w temperaturze pokojowej).

Nam bardzo smakowały tak przyrządzone jajka - smak wywaru przeniknął je całkowicie.
Są to nie tylko jajka barwione, ale przede wszystkim okraszone taką prostą kompozycją smakową...



Spróbowałam też jajeczko z małym dodatkiem sosu chili z kolendrą i limonką (ale nie za dużo, tak minimalnie jako uzupełnienie smaku).


Źródło przepisu: "Kuchnia chińska" R.Buttner, Qiu Chengzhong 1995 r.

Przepis dodaję do akcji:
"Z Widelcem przez Azję" i "Lubię herbatę!".


piątek, 6 maja 2011

Pierwszy krok w stronę kuchennej japońszczyzny

Miałam w lodówce kupioną wcześniej fladrę i brak pomysłu na... cokolwiek.
A za to miałam wielką niechęć do wszelkich skomplikowanych czynności kulinarnych.
To jasne, że pierwsze kroki skierowałam do komputera (chociaż mam tyle książek kucharskich) i zaczęłam szukać jak najprostszego przepisu na ową fląderkę.
W efekcie zajrzałam do bloga "Japońska kuchnia Karoliny", w ślad za  wyguglanym przepisem.
Przyznaję, że dotychczas nigdy nie zrobiłam nic z kuchni japońskiej, która kojarzyła się jednak głównie z surową rybą i owocami morza.
A tego nie mam ochoty próbować.
I chociaż jednym  z moich nierealnych marzeń była od dawna podróż do Japonii, to o japońskim jedzeniu czytałam bardzo mało. 
To, co pisze Karolina zachęciło mnie i mam zamiar wypróbować więcej przepisów z tego bloga.
Podobnie jak z każdą inną publikacją książkową,  czy internetową, muszę uwierzyć na słowo.

Zamiast uwag końcowych o smaku tak przygotowanej ryby, napiszę od razu, że ryba smakowała mi wyjątkowo!!!
To jedno z tych dań, które na talerzu prezentuje się skromnie.

 Flądra gotowana w sosie sojowym
 Składniki:
- 2 filety z flądry
- 100 ml wody
- 50 ml sosu sojowego
- 50 ml sake
- 50 ml mirin
- 1 łyżka cukru

Wodę, sos sojowy, sake, mirin i cukier wymieszać.
Wylać na patelnię i zagotować.
Włożyć filety z flądry i gotować na średnim ogniu ok. 10 minut.

 
 A do ryby - Ryż gotowany na sypko

również  według przepisu Karoliny

Na dużym ogniu należy doprowadzić wodę z umytym wcześniej ryżem do wrzenia (proporcje wody i ryżu - 1:1,5).
Następnie zmniejszyć ogień i gotować 4 minuty, po czym na małym ogniu potrzymać jeszcze przez jakieś 15 minut. 
Dodatkowo po ugotowaniu warto zostawić ryż pod przykryciem na ok. 15 minut.

Przepis dodaję akcji "Z Widelcem po Azji"

czwartek, 5 maja 2011

Wreszcie mam!

Po bardzo długich (kilkuletnich) podchodach nabyłam niedawno maszynę do pieczenia chleba.
Chciałam ją mieć głównie dlatego, żeby za mnie wyrabiała ciasto. 
A pieczenie w maszynie to już sprawa drugorzędna, mam ambicje jednak piec chleb częściej w piekarniku.
Moja przygoda chlebowa rozpoczęła się w 2009 r (akurat też w maju) pełnym sukcesem od hodowli zakwasu i upieczenia pierwszego chleba.
To była naprawdę sama przyjemność, w dodatku tak na starcie wszystko udało się tak jak trzeba.
Miałam wiele planów chlebowych, ale musiałam je odłożyć.
W tym czasie zaniedbany zakwas zbuntował się nieodwołalnie.
Teraz wróciłam do chlebowych zamierzeń i zaczęłam wertować internet pod kątem wypowiedzi innych "jaką maszynę kupić?".
Najwięcej materiału znalazłam na forum Cin.cin, przeczytałam co tam znalazłam w kilku tematach i w pewnym momencie zaczynałam odczuwać kołowaciznę od nadmiaru informacji i dobrych rad.
Poprzestałam więc na tych  uwagach: "wybierz maszynę, która Ci się najbardziej spodoba",  "droga wcale nie oznacza najlepsza", ",a, kilkadziesiąt programów w swojej maszynie, a używam kilka".
Kupiłam maszynę, która mi się najbardziej spodobała - a okazała się najtańsza (naprawdę, nie kierowałam się ceną).
Zaczęliśmy z moim M. testowanie maszyny od przepisów w załączonej książeczce.
Sprawdziliśmy po kolei wszystkie (oprócz bezglutenowego) i wszystkie udały się doskonale.
Nie sprawdziła się przestroga, że trzeba się przygotować na nieudane pierwsze wypieki.


Z literaturą na talerzu - nie mylić z czytaniem przy jedzeniu

"- Jutro możecie sobie odpocząć - zawiadomiła łaskawie rodziców pierwszego poświątecznego wieczoru. - My zrobimy obiad. Będą potrawy specjalnie dla ojca. I później też możemy robić obiady, nie mówię, że codziennie, ale od  czasu do czasu. No, może nawet często.
- A co to za potrawy specjalnie dla mnie?-  zaciekawił się pan Roman.
- Zobaczysz - odparła jego córka tajemniczo.
- Niespodzianka.
(...) Pawełek wpadł do kuchni zdyszany (...)
... rób sobie co chcesz, ale musisz rozklepać to mięso na takie strasznie wielkie klabzdrony. Już się wreszcie zdecydowałam, co zrobimy.
- No?
- Postanowiłam, że niech ma już wszystko. Tej chińskiej mieszaniny napchamy do środka, zawiniemy w wieprzowinę panierowaną, a na wierzch damy placki kartoflane(...)
   Pan Roman po spożyciu talerza zupy nadal był głodny. Pani Krystyna  siedziała przy stole trochę zaciekawiona, trochę zrezygnowana, ale poza tym dość spokojna. Uprzedzono ją z góry, e ma się nie wtrącać. Orientowała się, że potrawa  ma być po chińsku z drobnymi modyfikacjami, dzieci jednakże przysięgły obyć się bez robaków, nie miała zatem większych obaw.
   Na ogromnym, największym w domu, rzetelnie podgrzanym półmisku Pawełek w grubych, kuchennych rękawicach wniósł podstawowe danie. Pan Roman patrzył z zaciekawieniem. Wyglądało to jak olbrzymie pierogi w cieście na placki kartoflane, czy może tak, jakby plackami kartoflanymi potężnych rozmiarów owinięto jakąś zawartość. Czegoś podobnego nigdy w życiu nie widział i zainteresowało go to ogromnie. Pozwolił sobie położyć na talerz jeden taki zawijas, popatrzył na żonę i podjął męską decyzję. W zamiarze odkrojenia kawałka wbił w to widelec, pocisnął nożem i strumień gorącego tłuszczu  trafił go prosto w oko.
- Jezus Mario! - krzyknął. - Co to jest?!
- Przypuszczam, że wszelki wypadek - odparła spokojnie pani Krystyna, wycierając sobie tłuszcz z włosów, bo również przystąpiła do jedzenia, tak samo jak jej mąż. (...)
- Rozumiem. Na wszelki wypadek należy włożyć okulary ochronne.
(...) Pan Roman, wciąż głodny i zainteresowany, delikatnie odkroił kawałek placka, ujrzał, że wyłazi z niego jakaś zawartość, zgarnął na widelec wszystko razem i włożył do ust. Spróbował delikatnie. Na moment zamarł, a potem z zapałem zaczął jeść. Na jego twarzy ukazał się zachwyt.
- Ależ to jest znakomite!"
Joanna Chmielewska "Wszelki wypadek"

Wczoraj Muscat przypomniała o swojej akcji   "Literatura na talerzu".
I dzięki temu skierowała również moje myśli na ten aspekt czytanej przez nas literatury.
Od razu wskoczyło mi do głowy kilkanaście pomysłów, inspirowanych książkami, do których często wracam
Mam szczerą chęć dorzucić się do akcji kilkoma wpisami, zobaczymy co mi się uda w praktyce.
Już się przekonałam, że życie robi mi "wbrew" przy takich okazjach.

Tego posta nie dołączę do akcji, ponieważ dotyczy on archiwalnego wpisu z ubiegłego roku.
Jednak tamten post był tak silnie inspirowany książką, a właściwie samą ideą potrawy typu "wszelki wypadek", że nie mogłam sobie odmówić przyjemności wyciągnięcia go z czeluści blogowych.
Bardzo lubię twórczość Joanny Chmielewskiej, doceniając jej wiele zalet, ale widząc również drobne potknięcia.
I choć sama autorka podkreśla, że gotowanie to nie jest jej najmocniejsza strona, przyznacie chyba, że wynalazek "wszelkiego wypadku" jest świetny.
A to  produkt końcowy moich  kuchennych rozterek "co zrobić na obiad?"


środa, 4 maja 2011

"Przedwiośnie... i jaka zupa?" - podsumowanie

Od zakończenia akcji minęło trochę czasu, a ja dopiero teraz przedstawiam jej podsumowanie na blogu.
Nie mogłam wcześniej tego zrobić.
W końcu jednak zabrałam się za to i przedstawiam plon naszego wspólnego gotowania.
A aktualna pogoda (zimowo-majowa) z mroźną niemalże temperaturą,  trochę sprzyja  tej publikacji.

Przeglądając zgłoszone propozycje poznałam nowe blogi, ale z wielką przyjemnością zajrzałam do starych znajomych.
To już kolejna wspólna akcja i przy takiej okazji doskonale widać, jak zmienia się nasza kulinarna blogosfera  i preferencje blogerów.
Jedni odchodzą (nie biorąc już udziału w wielu akcjach), drudzy przychodzą (to autorzy nowych blogów).
Porównując moją pierwszą akcję zupowa na Durszlaku z tą ostatnią, widzę bardzo wyraźnie zmianę warty .
I tak przy okazji zebrało mi się na wspomnienia, bo wtedy (przy  Zimowym Festiwalu Zupy) na Durszlaku było zarejestrowanych  mniej niż 50 blogów.

Wybaczcie, że nie pozostawiłam komentarzy pod zupowymi wpisami (tak by wypadało), ale wszystkie dokładnie przeczytałam.
A to się skończyło wzrostem mojego apetytu na te pyszności...
Same nazwy zup są smakowicie zachęcające, a jak się poczyta przepisy i poogląda zdjęcia! 
Nic, tylko gotować takie same.
Jeszcze raz bardzo dziękuję za Wasz udział w akcji, z nadzieją na kolejne wspólne razy...

W ramach akcji przepisy pojawiły się na blogach:

A ugotowaliśmy następujące zupy:

Kod do banera podsumowania: