wtorek, 25 września 2012

Napój z jabłek i marchewki


Składniki:
- 3 marchewki
- 5 jabłek
- 2 szklanki wody
- cukier do smaku (2 łaskie łyżki) lub inny środek słodzący
- skórka z umytej i wyparzonej cytryny


Wodę zagotować z cukrem i skórką, ostudzić.
Jabłka i marchewki dokładnie umyć, wycisnąć sok w sokowirówce, połączyć z syropem.
Mnie bardziej smakuje lekko schłodzony w lodówce.

Źródło przepisu:












wtorek, 18 września 2012

Śniadaniowa moda

Śniadaniowa moda, którą obserwuję w internecie ma dwa, dość wyraźne,  nurty.
Blogi poświęcone tylko tematyce śniadań oraz publicystyka promująca inne początku dnia, czyli celebrowanie śniadania, leniwe delektowanie się smakami, "śniadania na mieście" itp.
O ile tematyczny wyróżnik blogów nie jest niczym nadzwyczajnym, bo są przecież blogi poświęcone tylko słodkim wypiekom, tylko pieczeniu chleba, więc dlaczego nie tylko śniadaniom. Mnie to nie przeszkadza, każdy sobie pisze o czym chce i jak chce. Natomiast teksty promujące ten nowy rzekomo trend, odbieram jako nachalną reklamę i wprowadzanie czytelnika w błąd. Nie uwierzę, że cała Warszawa nagle rezygnuje  z domowego jedzenia i wyskakuje do lokalu, gdzie za dużą kasę coś spożywa o świcie. Wystarczy zresztą poczytać komentarze, pogadać z ludźmi.
Na pewno takie zjawisko jest - tak jak napisano, wśród ludzi młodych, którym kasa i luźny styl życia na to pozwala. Co dla mnie jest także kolejnym snobizmem i owczym pędem. Ale zawsze była grupa ludzi, niezależnie od ustroju, która mogła pozwolić sobie na przesiadywanie w kawiarniach, czy restauracjach. Tutaj nikt nie odkrył Ameryki.
Drażni mnie natomiast zachwyt widoczny w niektórych tekstach i propagowanie wręcz takiego stylu życia.
Nie jestem ani feministką, ani zakamieniałą konserwatystką, ale ja osobiście dostrzegam po prostu w takich tekstach zachęcanie do uciekania od tradycyjnego życia rodzinnego. I nie ma tu dla mnie znaczenia, czy to życie rodzinne jest potwierdzone ślubnym papierkiem, czy nie. Czy rodzina składa się z męża, żony, dzieci, czy jest to młoda zakochana para, we dwójkę tworząca swój dom.
Czy i tutaj - w sferze domowego jedzenia, to co tradycyjne jest niemodne i śmieszne?

Zjadam śniadania tylko w domu, chociaż gdybym chciała mam możliwość zjedzenia na mieście.
Ale nie chcę, bo czuje coraz większy opór przed zjedzeniem czegoś niewiadomego pochodzenia.
Poza tym mnie nie stać na stałe żywienie się w lokalach i wkurza mnie, gdy czytam jak  to niewiele kosztuje. Widocznie autorzy tych tekstów nie orientują się w prawdziwej sytuacji finansowej zwykłych obywateli, a swoje informacje kierują do wybranej grupy docelowej.
A tak w ogóle to jestem już poza nawiasem zainteresowania wszelkich mediów, grup ankieterów - dzwoni taka panienka i coś chce, ale szybko rezygnuje "o przepraszam, nie mieści się pani w tej grupie wiekowej"... że o sejmie i rządzie już nie wspomnę.

Moje śniadanie

Grzanka z jajecznicą i kurkami

Grzanka z domowego chleba (wypiek z maszyny) cieniutko posmarowana masłem - takie maźnięcie ledwo, ledwo... jajecznica... kurki usmażone na maśle - pyszności....

niedziela, 16 września 2012

Kurki prawie jesienne


Uwielbiam kurki... w sensie kurki-grzyby...
za ich aromat i smak...
wygląd (to jedyne grzyby, które mam szansę znaleźć w lesie)...
oraz za to, że są elementem moich najmilszych wakacyjnych wspomnień.
Tylko, że zawsze jedliśmy je na początku lata, a nie na końcu. Ale już przecież obiecałam sobie nie dziwić się anomaliom rynkowym, więc kiedy trafiłam w sieciowym sklepie na pudełeczka z piękną zawartością, natychmiast je kupiłam. To zresztą też dziwoląg, bo takie grzybki zawsze kupowało się na rynku, prosto"od baby", z miarą na kubeczki. W tym roku tak się złożyło, że ani razu ich nie jedliśmy. Na początku sezonu były za drogie, a później rzadko robiłam zakupy na rynku (upały mnie zniechęciły do włóczenia się po rozpalonym placu).
A teraz, w porze dość nietypowej, rozkoszuję się kurkowymi potrawami.

W pierwszej kolejności oczywiście była zupa - według tego przepisu, w zestawie z ziemniakami okaszonymi smażoną cebulką - pycha... Oczywiście wolałabym prawdziwe niezdrowe skwarki, ale i tak już grzeszę grzybkami.


A dzisiaj kolejna pyszna wersja, czyli sos...

Makaron z sosem kurkowym

Ten sos jest najprostszą i najskromniejszą wersją, jaka chyba może być. Bo składa się tylko z grzybków i dodatków.
Nie ma tu cebuli, ani czosnku, ani świeżej zieleniny, a z przypraw tylko sól i pieprz. Celowo nie wzbogacam sosu o inne składniki, bo chcę czuć smak i zapach kurek. Przygotowanie tego sosu właściwie niewiele się różni od przyrządzania zupy - wszystkie czynności są takie same, tylko gęstość sosu jest większa niż zupy.


Składniki:
- grzyby kurki (ok. 25 dkg)
- 1 łyżka masła
- trochę wody
- 1 łyżka mąki
- 3 łyżki śmietany
- sól, pieprz

Grzyby bardzo dokładnie wypłukać (w kilku wodach), osuszyć, większe okazy pokroić. Smażyć 5 minut na rozgrzanym maśle, dodać trochę gorącej wody i udusić do miękkości. Co prawda spotkałam się w wielu miejscach z krótkim, kilkuminutowym smażeniem i na tym koniec, ale ja zawsze daję grzybom czas na pogotowanie się trochę dłużej (ok 15-20 minut).
Mąkę rozprowadzić w kilku łyżkach zimnej wody, dodać śmietanę, dokładnie wymieszać z kilkoma łyżkami gorącego wywaru grzybowego, wlać do grzybów - zagotować.

Osobno ugotować makaron - rodzaj dowolny, na jaki mamy chęć.
Ja ugotowałam  zwykły makaron o polskiej nazwie " Gniazda wstążki. Makaron wałkowany". Prawdę mówiąc zawsze używałam polskich nazw makaronów (muszelki, świderki, rurki, wstążki, kokardki itd), więc pojawienie się na opakowaniach nazw włoskich nic u mnie nie zmieniło. Tyle lat gotowałam rurki (co prawda krojone prosto, a nie na ukos) i nagle nie stały się dla mnie penne. Tym bardziej, że nie lubię makaronów ugotowanych al dente, więc moja włoska kuchnia jest bardzo spolszczona pod tym względem.


czwartek, 13 września 2012

Celebruj śniadania...

takim tytułem zachęca krótki artykuł znaleziony w  internetowej gazetce.
Do samego tekstu nie będę się odnosić, bo nie o niego tu chodzi. Zresztą jest ogólnikowy i powierzchowny (jak to teksty w takim miejscu). Dał mi jednak impuls do dłuższego zastanowienia się (nie po raz pierwszy) nad moim własnym żywieniem (... się i rodziny).

Zacznijmy od planowania...
Nigdy nie planowałam posiłków, tak z namysłem i kartką do zapisania. Zawsze wszystkie posiłki to był prawdziwy spontan i teraz patrzę z podziwem na młode blogerki,  że one tak ładnie umieją, chociaż dopiero zaczynają. Ja nie umiem, a właściwie trafniej byłoby powiedzieć - nie jestem przyzwyczajona do planowania jadłospisu z wyprzedzeniem... i nie trudno było mi znaleźć odpowiedź dlaczego. Zaczynałam jako młoda gospodyni w epoce gierkowskiej propagandy sukcesu, ale i tak wtedy nie było sensu nic planować. Gotowałam z tego, co upolowałam (w sklepie) wracając z pracy. Potem przyszły kartki, więc już tym bardziej nic się nie planowało.
Chyba z tego powodu,  czyli nieprzewidywalności rynku, jakoś zawsze omijałam wzrokiem części książek kucharskich poświęcone planowaniu posiłków.  Nudziły mnie te wszystkie wykazy, tabelki, kalorie, wartościowe składniki, polecane całodzienne zestawienia produktów. Tym bardziej, że pisane beznadziejnym naukowym językiem - takim samym jak wszystko co państwowe i urzędowe w tamtych czasach.
Sięgałam w tych książkach do konkretnych przepisów, pod kątem aktualnych sklepowych łupów - mam to i to... co z tego da się zrobić na obiad...

Nie celebrowałam śniadań również z powodu życiowego zagonienia i braku czasu. Wychodząc (w pośpiechu) do pracy o godzinie 5.30 rano bywałam najczęściej zła i zaspana. I mogłam jedynie wmusić w siebie tylko szklankę herbaty. Oczywiście pozostawały niedziele (w soboty się niestety również pracowało), ale cóż można było celebrować z powodów jak wyżej.

Teraz mam warunki na ten poranny ceremoniał i od pewnego czasu staram się go realizować.
Nie poprzestawać na banalnych i łatwych śniadaniach, ale tak bardziej ambitnie - z zyskiem dla siebie samej, oczywiście. Szkoda tylko, że już nie wszystkie smakołyki są dozwolone. Ale cóż... nigdy nie mamy wszystkiego. I w  tygodniu minusem jest moja samotność tych śniadań, bo M. w tym czasie, kiedy ja celebruję, męczy się w pracy. Za to mogę sobie bezkarnie czytać przy jedzeniu...


piątek, 7 września 2012

Dziękuję za zaproszenia

Nie mam (albo nie znam)  innej możliwości bezpośredniego zwrócenia się do osób, od których otrzymuję zaproszenia do FB. Dlatego piszę tutaj. Zawsze odpowiadam na otrzymane wiadomości, dlatego wybrałam to miejsce.
Nie mam konta na FB i nie zamierzam go zakładać, dlatego też nie dołączę do grona znajomych wielu osób.
Dziękuję za nadsyłane zaproszenia,  ale z powodów technicznych nie mogę ich przyjąć.
Umieszczę osobną notkę na bocznym pasku bloga,  żeby "była jasność" (jak to się kiedyś mówiło).
Dlaczego FB "nie"?
Z kilku powodów, ale nie będę szczegółowo o nich pisać - nie podoba mi się taka totalna inwigilacja i to niech będzie odpowiedzią...