czwartek, 13 września 2012

Celebruj śniadania...

takim tytułem zachęca krótki artykuł znaleziony w  internetowej gazetce.
Do samego tekstu nie będę się odnosić, bo nie o niego tu chodzi. Zresztą jest ogólnikowy i powierzchowny (jak to teksty w takim miejscu). Dał mi jednak impuls do dłuższego zastanowienia się (nie po raz pierwszy) nad moim własnym żywieniem (... się i rodziny).

Zacznijmy od planowania...
Nigdy nie planowałam posiłków, tak z namysłem i kartką do zapisania. Zawsze wszystkie posiłki to był prawdziwy spontan i teraz patrzę z podziwem na młode blogerki,  że one tak ładnie umieją, chociaż dopiero zaczynają. Ja nie umiem, a właściwie trafniej byłoby powiedzieć - nie jestem przyzwyczajona do planowania jadłospisu z wyprzedzeniem... i nie trudno było mi znaleźć odpowiedź dlaczego. Zaczynałam jako młoda gospodyni w epoce gierkowskiej propagandy sukcesu, ale i tak wtedy nie było sensu nic planować. Gotowałam z tego, co upolowałam (w sklepie) wracając z pracy. Potem przyszły kartki, więc już tym bardziej nic się nie planowało.
Chyba z tego powodu,  czyli nieprzewidywalności rynku, jakoś zawsze omijałam wzrokiem części książek kucharskich poświęcone planowaniu posiłków.  Nudziły mnie te wszystkie wykazy, tabelki, kalorie, wartościowe składniki, polecane całodzienne zestawienia produktów. Tym bardziej, że pisane beznadziejnym naukowym językiem - takim samym jak wszystko co państwowe i urzędowe w tamtych czasach.
Sięgałam w tych książkach do konkretnych przepisów, pod kątem aktualnych sklepowych łupów - mam to i to... co z tego da się zrobić na obiad...

Nie celebrowałam śniadań również z powodu życiowego zagonienia i braku czasu. Wychodząc (w pośpiechu) do pracy o godzinie 5.30 rano bywałam najczęściej zła i zaspana. I mogłam jedynie wmusić w siebie tylko szklankę herbaty. Oczywiście pozostawały niedziele (w soboty się niestety również pracowało), ale cóż można było celebrować z powodów jak wyżej.

Teraz mam warunki na ten poranny ceremoniał i od pewnego czasu staram się go realizować.
Nie poprzestawać na banalnych i łatwych śniadaniach, ale tak bardziej ambitnie - z zyskiem dla siebie samej, oczywiście. Szkoda tylko, że już nie wszystkie smakołyki są dozwolone. Ale cóż... nigdy nie mamy wszystkiego. I w  tygodniu minusem jest moja samotność tych śniadań, bo M. w tym czasie, kiedy ja celebruję, męczy się w pracy. Za to mogę sobie bezkarnie czytać przy jedzeniu...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz