niedziela, 27 stycznia 2013

Zimowa zupa cebulowa i słówko o klasyce

Jak jest zima, to musi być zimno... - teraz jest właśnie TEN najbardziej przeze mnie wyczekiwany czas zimowy. Mróz, dużo śniegu, zawieje i zamiecie. Kocham taką pogodę i niech nikt nie sądzi, że zachwycam się ślicznymi widoczkami siedząc sobie wygodnie w ciepełku. Nic z tych rzeczy - odczuwam fizycznie na sobie całą zimowość zimy. Pokonuję ekstremalne muldy i inne zmarzliny na chodnikach i przejściach przez jezdnię, wyczekuję na przystankach w postaci zasypanego śniegiem pasażera komunikacji miejskiej itd itd
A biorąc jeszcze pod uwagę stopień przewiania wiatrem mojego M., który cały czas jeździ do pracy rowerem - gotuję zupy.

Miałam ostatnio ochotę na zupę cebulową, ale inną od tej, którą gotuję od dawna.
W mojej zupie cebula jest przetarta przez sito. Teraz chciałam zupę z pływającymi kawałeczkami. Takimi mocno zbrązowionymi plasterkami, jak  często smażę do wątróbki.
Nie potrzebowałam do jej ugotowania specjalnego przepisu, bo to łatwizna kuchenna.
Cebulę pokroić w cienkie plasterki, smażyć na tłuszczu bardzo długo, a na końcu dodać wodę/bulion i przyprawy.

Jednak byłam ciekawa nowych/starych/innych wersji zupy cebulowej i trochę sobie wyguglałam z sieci.
Czasami lubię poczytać co piszą inni w znanym mi temacie. Niestety, często tracę cierpliwość, gdy czytam przepis z adnotacją "klasyczna zupa jakaś tam". Początkowo śmiech mnie ogarniał, kiedy początkujące blogowe dziewczątko rzuca taki dopisek z pewnością jak granitowa skała. Pisze autorka bloga coś o klasycznej zupie podając dziwny przepis, całkowicie mi obcy. A myśląc logicznie "klasyczne" powinniśmy znać, szczególnie jeśli gotujemy samodzielnie i czytamy książki kucharskie więcej lat, niż żyje dana autorka.
I mamy klasyczny brak myślenia - to, co u kogoś w domu się gotowało, nie jest klasyką dla całego świata.
Nie czepiam się młodych szczególnie dlatego, że są młode, ale denerwuje mnie bezmyślność i brak wyobraźni - w każdym wieku..

Wracając jednak do zupy - odnalazłam u Bei przepis na francuską zupę cebulową. Pamiętałam, że taki jest na jej blogu. Ja swojej zupy nie podciągnę do kategorii kuchni francuskiej, bo nie jest to dokładna realizacja przepisu.
Pozwoliłam sobie wykorzystać składniki (pominęłam czosnek) i proporcje, a sposób wykonania trochę po swojemu.
Najważniejszym dodatkiem, który wyróżnia zupę smakowo jest alkohol (koniak, brandy, wino).
A nie potrzeba wielu innych przypraw, bo jednak najwięcej zależy od samej cebuli. I tu mamy trochę ruletki, bo przecież nie mamy większego wpływu na smak cebulki. Możemy wybrać ładne okazy, odpowiedni gatunek, ale nic ponadto.
W każdym razie mnie się trafiła cebulka na tyle dobra, że zupa smakowała wyśmienicie. Co prawda nie uzyskałam takiego pięknego brązu jak Bea, ale czasu wystarczyło akurat na taki stopień.


Składniki:
- 1/2 kg obranej cebuli
- 3 łyżki oliwy
- kieliszek brandy (średnia "koniakówka")
- 800 ml bulionu warzywnego (z włoszczyzny)
- szczypta suszonego tymianku (bo do świeżych gałązek trochę za daleko)

- sól, świeżo mielony czarny pieprz
- 1 łyżka mąki, olej
- grzanki z duszonymi pieczarkami i żółtym serem

Cebulę obrałam i pokroiłam na cienkie plasterki. W rondlu o grubym dnie rozgrzałam oliwę i smażyłam cebulę - na bardzo małym ogniu, często mieszając ok. 30 minut. Wlałam brandy (dzięki temu cebula, która przywarła do dna, pięknie się odkleiła). Dodałam gorący bulion, dodałam tymianek i gotowałam na wolnym ogniu 40 minut.
Na końcu doprawiłam solą i pieprzem.
Zupę trochę zagęściłam małą zasmażką, chociaż bardzo rzadko to robię.

Do zupy przygotowałam grzanki: kromki chleba pszennego z własnego wypieku (z maszyny), posmarowane masą pieczarkową (pieczarki drobno pokrojone , usmażone), posypane tartym żółtym serem - pieczone w piekarniku ok. 10 minut.
Nie zapiekałam zupy z grzankami - podałam je osobno.
Po prostu wolę chrupiące grzanki.

niedziela, 20 stycznia 2013

Miał być sok pitny...

W czasie ubiegłorocznej klęski urodzaju (jakiej najstarsi ludzi nie pamiętają), walczyłam samotnie z niezwykłą ilością jabłek dojrzewających na naszych drzewkach w ogrodzie. Ostatnie owoce zbierałam w październiku, po jesiennym ataku zimy. Niezwykle wyglądały jabłka na drzewie bez liści, ale za to ze śniegiem. Byłam jednak tak ogłuszona przerobieniem tylu kilogramów, że zapomniałam zrobić im zdjęcie.

Oprócz podstawowego wyrobu, najbardziej pożądanego przez domowników, czyli musu jabłkowego - zrobiłam jeszcze kilka innych. W tym także wykorzystałam nowe przepisy, których nie wstawiłam dotąd na bloga.

Teraz, zimową porą wyciągamy (jak mamy co), zapasy skrzętnie przygotowane w sezonie.
Dziś wyciągnęłam pierwszy słoik z napojem wcześniej nie testowanym.



To sok pitny z jabłek... -  to znaczy miał być sokiem, ale już  po zapachu i po pierwszym łyku okazało się, że to nie sok, którym chciałam częstować naszego rodzinnego Malucha..
Pierwszy raz chyba udało mi się osiagnąć niezamierzony efekt, który nadaje się do spożycia.
Mój M. spróbował i stwierdził radośnie: "przecież to cydr w czystej postaci!".
I w ten sposób nie ma napoju dla dzieci.

Po wspólnej analizie przepisu doszliśmy do wniosku, że sok sfermentował i zamienił się w musujący alkoholowy napój, ponieważ pasteryzowałam go nie w butelkach, ale w słoikach. Chciałam sobie ułatwić pracę, a czas był zbyt krótki na słoiki.Nie wiem, czy udałoby mi się osiągnąć taki efekt ponownie.
Wniosek: czasami trzeba się ściśle trzymać przepisów i nie kombinować po swojemu. A jak już kombinujemy, to w sposób przemyślany.

Sok pitny z jabłek

- 1 kg jabłek
- 8 dkg cukru
- 1 szklanka wody
Jabłka umyć, osączyć.
Wycisnąć sok w sokowirówce.
Zagotować wodę z cukrem, połączyć z wyciśniętym sokiem.
Przygotowanym płynem napełnić wygotowane butelki.
Zakorkować wygotowanymi korkami.
Korki umocować sznurkiem.
Pasteryzować w temperaturze 75-80 C przexz 10-15 minut. Ostudzić.
Korki zalakować, albo zalać parafiną.
Przechowywać w chłodnym, zaciemnionym pomieszczeniu.
Wykorzystywać w postaci napoju.

Źródło przepisu:  Zofia Zawistowska "Przetwory domowe" , 1981

Z książką w kuchni zaproszenie

czwartek, 17 stycznia 2013

"Z książką w kuchni"


"Z książką w kuchni" to mój osobisty sposób na blogowanie w 2013 roku.
I nie chodzi tu o czytanie przy jedzeniu... niestety.
W minionych dwóch latach pisałam na blogu coraz rzadziej i bardzo nieregularnie, ale przecież w tym czasie nie zaprzestałam jedzenia. Coś musiałam gotować. To prawda - gotuję, ale z braku czasu i sił gotuję jak najprościej - minimalizm wysiłku przy prostocie przepisu...
I tylko czasami patrzę z żalem na moją kuchenną biblioteczkę. Z żalem, bo zebrało się trochę książek kucharskich, a w nich tyle przepisów do wykorzystania. Nie są to książeczki takie, jak modne dziś i poszukiwane przez blogerów nowe wydania zagranicznych tłumaczeń. To książki bez pięknych zdjęć - jeśli zdjęcia są to właściwie najczęściej odstraszają fatalnym poziomem technicznym, książki pisane często sztucznym nudnym językiem.
Moje książki są starsze od większości kulinarnych blogerów, ale dla mnie mają znaczenie, bo kupowałam je dla siebie. Z niektórych się uczyłam, niektóre przejrzałam, inne postawiłam na półce bez wykorzystania.
W pewnym momencie śmiałam się - zebrałam tyle przepisów, że życia mi nie starczy na ich zrealizowanie.
Teraz, wraz z upływem czasu już mniej mi do śmiechu, bo życie tak szybko ucieka.
Postanowiłam więc wykorzystać posiadane zbiory jak tylko mi się uda - stąd ten pomysł na całoroczną akcję.

Nie ogłaszam jej na żadnym forum, ani agregatorze. Ale serdecznie zapraszam do udziału tu na blogu.
Można będzie dołączyć w każdej chwili, a ja na bieżąco będę dodawać kolejne wpisy w osobnej zakładce bloga - tutaj.

Na czym polega ta akcja?
Na zrealizowaniu konkretnego przepisu z książki - oczywiście z dopuszczeniem zmian i modyfikacji. Ja sama nie trzymam się niewolniczo przepisów, bo przecież zmiany są naturalne, gdy gotujemy dla siebie - nie zawsze wszystko nam odpowiada smakowo lub po prostu nie mamy składnika, czy też musimy go ominąć/zamienić ze względów zdrowotnych

Moje wpisy biorące udział w akcji będą zawierały informacje o książce: autor, tytuł, rok wydania oraz zdjęcie okładki książki.
W Waszych wpisach dodajcie jeszcze aktywny link do tego zaproszenia lub banerek akcji*
A informację o każdym wpisie (linki do postów) zostawiajcie w komentarzach do tego posta.

Kod do banera:



* autorką banera jest Dobromiła

piątek, 4 stycznia 2013

Świąteczna wędlina...

Na święta zawsze najważniejsza dla mnie była szynka - niezależnie od czasów, zaopatrzenia i stopnia trudności nabycia. Nawet w najgorszych kartkowych czasach zawsze kilka plasterków znalazło się na półmisku. Do tego oczywiście chrzan. Najsmaczniejsza była szynka z kością (kilka kilogramów wagi), gotowana na kuchni opalanej węglem, w dużym kotle. Już sam zapach był zapowiedzią smakowitości...

Teraz, przed świętami, w minionym już roku 2012 kupiłam bez żadnego problemu i jakiejkolwiek kolejki, małą surową wędzoną szyneczkę. Dzięki temu dorzuciłam jeszcze jeden element nostalgicznych wspomnień na te święta.
Niestety, nie mogę już zapytać moją Mamę o jej sposób gotowania świątecznej szynki... a szczegółów nie pamiętam, tak to było dawno...


Nie potrzeba szczególnego przepisu na przygotowanie takiej szynki, raczej kilka wskazówek do tzw. obróbki gotowego przecież produktu. Miałam zamiar zrobić to po swojemu, bez dodatkowych fanaberii, ale przejrzałam z ciekawości dostępne w sieci wpisy. I wybrałam do wypróbowania sposób podany w tym tekście (to tak z lokalnego patriotyzmu) Jak na razie nie wykorzystam przepisu na domowe wędzenie mięsa, bo nie mam wędzarni.

Składniki wywaru:
- 1 duża cebula
- włoszczyzna ( ja użyłam włoszczyznę suszoną, zupełnie dobrze się sprawdziła)
- sól, liść laurowym kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego

Przed gotowaniem obmyłam szynkę pod bieżącą wodą i włożyłam do naczynia z zimną wodą na 2 godziny.
Zagotowałam dużą ilość wody z  dodatkiem pokrojonej na cząstki cebuli, włoszczyzny i przypraw.
Włożyłam szynkę do wrzącego wywaru - wody musi być tak dużo, żeby szynka swobodnie w niej pływała.

Gotowałam, a właściwie parzyłam pod przykryciem na bardzo małym ogniu tyle czasu ile ważyła szynka, plus jeszcze pół godziny. Te pół godziny dodałam po sprawdzeniu miękkości szynki drewnianym patyczkiem (od ciasta).
Po ugotowaniu wyjęłam szynkę od razu z wywaru i natychmiast przełożyłam do naczynia z zimną wodą.
Kroiłam po całkowitym ostygnięciu, czyli na świąteczne śniadanie.

Szynka smakowała wybornie... naprawdę...