czwartek, 10 października 2013

Miało być Caldo Verde

Dzisiejsze wspólne gotowanie pod hasłem Caldo Verde nie zakończyło sukcesem grupowym.
Wydawało się, że ta banalnie prosta do ugotowania zupa to pikuś, a tymczasem na placu boju pozostałam jedynie ja i Mops w kuchni. W pierwszej chwili również chciałam zrezygnować z tego posta, bo zupa i zdjęcia nieudane, ale skoro już wydałam pieniądze i ugotowałam, to jednak piszę.


To kolejny przyczynek do tego, że nie zawsze udaje się nam przenosić kulinarne tradycje innych krajów na nasz rodzimy grunt. Najczęściej powodem jest brak oryginalnych składników, jak w tym przypadku kapusty couve tronchuda. U mnie dochodzi jeszcze fakt, że nigdy nie byłam w Portugalii i nie miałam okazji próbować tej zupy ugotowanej przez kogoś, kto czuje te klimaty (z racji pochodzenia).

Ugotowałam dokładnie według tego przepisu, co nie zdarza mi się tak często. Nie będę więc kopiować tutaj tego samego tekstu. Nabyłam nawet w delikatesach niezbyt tanie oryginalne chorizo.


Jedyną zmianą był czas dodania kiełbasy do zupy. Chciałam uniknąć zabarwienia zupy paprykowo-czerwonym kolorkiem, co jednak mi się nie udało. Zresztą z góry wiedziałam, że tak będzie - szczególnie po obraniu kiełbasy z osłonki. Tak więc niektóre zdjęcia w sieci (a obejrzałam ich trochę) podejrzewam o mniejsze lub większe manipulacje kolorystyczne.

Zupa okazała się rzadka (to na pewno za mało ziemniaków), mdła i nijaka w smaku, mało zielona (to też pewnie moja wina, bo zbyt drobno poszatkowałam kapustę), no i te pomarańczowe tłuste oka!... jak w niedobrym rosole...

Mnie zupełnie nie smakowała (nawet kiełbasa zrobiła się jakaś wyjątkowo twarda).
Mój M. dowalił na talerzu dużo soli, pieprzu, ostrej papryki i zjadł (prawdę mówiąc nie miał innej alternatywy obiadowej).